Nadczynność układu limbicznego jako źródło weny twórczej
W ostatnim wydaniu Newsweeka (41/2009) przeczytałem z zainteresowaniem artykuł pt. “Majstrowanie w głowie”. Jeden fragment był szczególnie ciekawy – o układzie limbicznym. Jest to osadzony głęboko w mózgu ośrodek kontrolujący między innymi tworzenie więzi z ludźmi i gromadzący wspomnienia o dużym ładunku emocjonalnym.
Nadczynność tego układu powoduje, że w naszym umyśle jedna przygnębiająca myśl goni drugą. Kiedy patrzymy w przeszłość, czujemy żal, a spoglądając w przyszłość – niepokój.
Sprowadzanie potencjału twórczego ludzi do talentu lub jego braku, od jakiegoś czasu uważam za dramatycznie nudne. Co innego zaburzenie wydzielania wewnętrznego. Tym bardziej, że w moim przypadku wszystko się zgadza. Prawdziwą falę twórczą, w czasie której powstało ponad dwieście opowiadań, miałem w czasie, gdy przeważał żal i niepokój. Oczywiście powinienem wziąć pod uwagę okoliczności zewnętrzne, czyli środek choroby pięknie nakładający się na wyrzucenie z pracy, ale te powody bledną w porównaniu z wizją ograniczonego wydzielania dopaminy w okolicach jądra ogoniastego.
W Newsweeku podano nawet jak sobie radzić z nadczynnością układu limbicznego. Powinno się stosować dietę wysokobiałkową: jajka, mięso, sery.
Podchodząc do tematu z perspektywy twórcy: jeśli chcę zabić wenę, powinienem zjeść jajecznicę. I jest to niezwykle inspirujące.
Chcemy, by nam kit wciskano
Właśnie ukazała się w Polsce, nakładem Czuły Barbarzyńca Press (nawet nie wiem jak odmieniać, ale to nawet lepiej, trochę mi się humor poprawił) książka O wciskaniu kitu Harry’ego G. Frankfurta, profesora emeritusa Uniwersytetu Princetown. Wyczerpująco pisał o niej Max Fuzowski w Newsweeku. Książki nie czytałem, jest za droga, ale myślę, że można przyjąć założenie, że autor chce nam powiedzieć jedno: ludzie, nie dajcie sobie wciskać kitu!
Ale dlaczego ja o tym piszę? Przecież nie umieszczę jej w bibliotece, gdyż trudno ją zakwalifikować do literatury absurdu, nawet po wykazaniu, że książka która ma przekonać do pewnej specyficznej, by nie rzec radykalnej teorii i która tę teorię na wszelkie sposoby uzasadnia, sama jest wciskaniem kitu (= absurd). Otóż piszę dlatego, że poważnym udziałowcem (kto wie, może nawet większościowym) mojej twórczości jest potrzeba wykazania, że dajemy sobie wciskać kit na każdym kroku i co gorsza nawet sobie nie zdajemy z tego sprawy. »»»
Kościów w “Newsweeku” taki sobie
W świątecznym „Newsweeku“ przeczytałem opowiadanie Aleksandra Kościowa, który właśnie wydał swoją drugą książkę, Przeproś, a którego „debiut literacki zrobił furorę“. Jako pisarz, który do tej pory poczynił cztery debiuty pisarskie, ale furory nie zrobił, napiszę teraz w słowach gorzkawych, dlaczego opowiadanie Prawo głosu nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, a powinno, bo przecież nie wybrano do ogólnopolskiego tygodnika jakiejś rozgrzewki literackiej, a na taką mi wygląda.
Poniższy tekst będzie więc ciekawym doświadczeniem, polegającym na zgłębianiu tajników furory pisarza po nazwisku Kościów, lub inaczej – tajników niefurory pisarza po pseudonimie Podpisany. »»»
“Przekrój” się znierozmaicił
Po raz pierwszy od roku kupiłem “Przekrój”. Podobnie jak poprzednio, wyłuskałem z portfela na czas świąteczny nie tylko na “Newsweeka”, ale również na dwa inne tygodniki opinii. Starym zwyczajem rzuciłem się na ostatnią stronę – do “Rozmaitości”. Mój umysł nie przyjął faktu, że jakiś czas temu, jakiś sprawny marketingowo dyrektor przekrojowy, przeniósł “Rozmaitości” na stronę przedostatnią, by ciągnąć zyski z najdroższej w każdym magazynie strony ostatniej. Nawet mi się wtedy jakoś tak bardzo przykro nie zrobiło, a jedynie przykro. Nie były to już te stare, dobre “Rozmaitości” z Filutkiem w roli głównej, od których zaczęła się moja miłość do krótkiej, maksymalnie zróżnicowanej formalnie porcji ironii i mądrości. »»»
Coś się ruszyło w absurdzie?
W nowym numerze “Newsweeka”, w dwóch z dwóch recenzji książkowych można przeczytać o absurdzie. Pierwsza książka to powieść Macieja Rybińskiego Bruderszaft z Belzebubem, a tytuł recenzji – “Rybiński absurdalny” – czyli więcej pisać nie muszę, tylko książkę kupić, gdyż jak nie ma po byku napisane że absurd, to nawet Nobel mnie nie zwerbuje, a tu jest, czyli Merlin, ale nie zdążę przed gwiazdką, no chyba że odbiór własny, ale mam wątpliwości.
Mariusz Cieślik pisze: streszczanie absurdalnych żartów jest trudne, a to one są tu główną atrakcją, a nie fabuła. Jest to bardzo dobry objaw recenzencki – że jak jest absurd, to musi być dobre, na tyle dobre, że recenzja jest przychylna, choć jak należy wnioskować fabuła się chwieje, co jest typowe dla literatury absurdalnej, czyli antylogicznej i mało w życiu zakotwiczonej. »»»
Newsweekuję nawieczornie
Newsweeka wciągam
Od przeddeski
Do zadeski
A Cieślik znowu
Genialny on


Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

