Dola pisarza
Nadczynność układu limbicznego jako źródło weny twórczej
W ostatnim wydaniu Newsweeka (41/2009) przeczytałem z zainteresowaniem artykuł pt. “Majstrowanie w głowie”. Jeden fragment był szczególnie ciekawy – o układzie limbicznym. Jest to osadzony głęboko w mózgu ośrodek kontrolujący między innymi tworzenie więzi z ludźmi i gromadzący wspomnienia o dużym ładunku emocjonalnym.
Nadczynność tego układu powoduje, że w naszym umyśle jedna przygnębiająca myśl goni drugą. Kiedy patrzymy w przeszłość, czujemy żal, a spoglądając w przyszłość – niepokój.
Sprowadzanie potencjału twórczego ludzi do talentu lub jego braku, od jakiegoś czasu uważam za dramatycznie nudne. Co innego zaburzenie wydzielania wewnętrznego. Tym bardziej, że w moim przypadku wszystko się zgadza. Prawdziwą falę twórczą, w czasie której powstało ponad dwieście opowiadań, miałem w czasie, gdy przeważał żal i niepokój. Oczywiście powinienem wziąć pod uwagę okoliczności zewnętrzne, czyli środek choroby pięknie nakładający się na wyrzucenie z pracy, ale te powody bledną w porównaniu z wizją ograniczonego wydzielania dopaminy w okolicach jądra ogoniastego.
W Newsweeku podano nawet jak sobie radzić z nadczynnością układu limbicznego. Powinno się stosować dietę wysokobiałkową: jajka, mięso, sery.
Podchodząc do tematu z perspektywy twórcy: jeśli chcę zabić wenę, powinienem zjeść jajecznicę. I jest to niezwykle inspirujące.
Czy samodzielne wydawanie książek to obciach?
Gdy trzy lata temu wydawałem swoją pierwszą książkę, Człowieka zwanego Biurkiem, spotykałem się z zaskakująco odmiennymi reakcjami, wynikającymi bynajmniej nie z lektury, bo rozmówcy książkę właśnie dostawali w prezencie. Gdy dowiadywali się, że wydałem ją osobiście, reagowali tak, jak każdy przyzwoity Polak reaguje na Kononowicza. Inni rozmówcy, którzy dowiadywali się jedynie części prawdy, że wydałem książkę w wydawnictwie Indigo reagowali tak, jakby zobaczyli Stasiuka. Gdy po chwili dodawałem, że wydawnictwo jest moje, reagowali już tak, jak na Kononowicza, no, powiedzmy Kononowicza w lepszym sweterku.
Oczywiście przesadzam z Kononowiczem, ale coś w tym jest, że czytelnicy nastawiają się do książki z góry, biorąc pod uwagę osobę autora. Jeśli jest nieznany, a w dodatku sam wydaje, to reakcja jest oczywista: “gdzie się pcha z tymi książkami”. Co ciekawe, za granicą postrzeganie self-publishers jest już inne, choć wcale nie jest odwrotnie.
Ostatnio temat przypomniał na Twitterze @JerzyPakosz, więc wracam z ankietą. Prosiłbym o szczere odpowiedzi, za grafomana się nie obrażę, każdy pisarz jest grafomanem do czasu, gdy jego książka nie znajdzie się na liście nominowanych do Bookera.
![]()
Nie dało się w Merlinie? Zawsze można w Barnes&Noble
Ten wpis powinien zaciekawić małych wydawców i autorów, marzących o tym, by ich książki znalazły się w szerokiej dystrybucji – nawet jeśli nie w każdej księgarni na rogu, to przynajmniej w największej polskiej księgarni internetowej, Merlin.pl. Jak jest naprawdę – wiadomo, niespecjalnie. Ale na szczęście na Merlinie świat się nie kończy. A wszystko za sprawą możliwości, jakie daje web 2.0. »»»
“Taki Tkaczuk od e-booków”
Niedawno spotkałem znajomego, którego nie widziałem i z dwadzieścia aktualizacji Visty. Opowiedziałem mu o wolontariacie, w który brnę od co najmniej roku na zasadzie przedskoczka.
– Taki Tkaczuk od e-booków czyli – podsumował znajomy dosyć obojętnie, bo temat go mało interesował, w każdym razie dużo mniej niż to, ile można stracić na kredycie konsolidacyjnym.
Kto to jest Tkaczuk to pewnie wiadomo, ale na wszelki wypadek odsyłam do Wikipedii. Najbardziej znanym tkaczutekstem jest “Tu byłem. Tkaczuk.” I to mnie olśniło. Gdzie mi tam do Wielkiego Woźnego, ale w tym jednym muszę się z diagnozą stanu chorobowego zgodzić – jeżeli chodzi o e-booki, to jestem tu za wcześnie, czyli przed innymi. To co robię, łatwo może pójść w zapomnienie. Ale na szczęście to co łatwo umyka z pamięci, gorzej umyka z serwerów Google. Pomyślałem sobie, że już teraz wszystko spiszę w jednym miejscu, a jest tego dużo, czy precyzyjniej – za dużo. »»»
Czy myślisz o tym, żeby napisać książkę? [ankieta]
Kilka miesięcy temu w Australii przeprowadzono badania, w których zadano pytanie “czy chcesz napisać książkę?”. 80% osób, odpowiedziało “tak”.
Wysoki odsetek odpowiedzi twierdzących może początkowo dziwić, ale po chwili zastanowienia wcale nie wydaje się to takie szokujące. Napisanie książki nie wymaga znajomości żadnego specjalistycznego oprogramowania, wystarczy prosty edytor tekstów i potrzeba przelania na papier (“na papier” – nieco to już archaiczne, powinno być “na dysk”) tego, co się błąka po głowie i szuka wyjścia.
Wiele osób miało w swoim życiu taki moment, w którym uznały, że ich przeżycia zasługują na książkę. Pierwsza miłość i co z niej zostało w drugiej i trzeciej miłości. Marzenie z dzieciństwa, które dało się zrealizować 40 lat później. Wspaniała wyprawa na Daleki Wschód, która miała trwać trzy tygodnie, a trwała trzy lata. Przypadkowa znajomość w pociągu, która mimo, że zakończyła się na stacji docelowej, to zainspirowała do zrobienia szalonej rzeczy, dzięki której czuję się spełnioną osobą. Te miliony innych powodów, które są tak niesamowite, bulwersujące, inspirujące i budujące, że trzeba się nimi podzielić z innymi.
Nie zastanawiaj się zbyt długo i odpowiedz na poniższe pytanie. Tak jak ci mówi lub kiedykolwiek mówiło twoje serce. Nie jest to pytanie “czy planujesz wydać książkę”, ani “czy uważasz, że twoja książka stanie się bestsellerem”, ani tym bardziej “jak można utrzymać się z pisania książek”. Zbyt wiele osób, które mogłyby napisać wspaniałe książki, zadaje sobie zbyt wiele pytań nie w tej kolejności co potrzeba i kończy się to na tym jednym cudownym zdaniu, wypowiedzianym kiedyś na pokazie slajdów: “napiszę o tym książkę”. Szkoda.
![]()
![]()
Jeśli twoja odpowiedź brzmi “tak”, to czy stoi coś na przeszkodzie, żeby zacząć pisać w tej chwili? Zrób sobie kawę, przywołaj tę jedną myśl, która za tobą chodzi od dwudziestu lat lub od przedwczoraj – i zacznij pisać.
Po wakacjach, czyli miałem nie pisać, ale coś nie wyszło
Obiecałem sobie, żonie, dzieciom i szeroko pojmowanemu bratu ciotecznemu, że nie wezmę komputera na wyjazd, a skończyło się na tym, że wziąłem, niby w roli odtwarzacza DVD. Ale jak się długo jedzie i słucha fajnej muzyki (np. Empire of the Sun – powyżej), to za dużo pomysłów pcha się do głowy w ramach odreagowania błędów AutoGapy 5.5.1. Tak więc przeprosiłem się z Wordem (obecnie praktykuję Google Docs i jest mi z tym dobrze, ale bez dostępu do netu się nie da) i zacząłem spisywać różności, zanim nie ulecą w przestworza nieinternetowe. Można je potraktować jako zapowiedź najbliższych blogowych wpisów. »»»
Człowiek zwany Biurkiem – posłuchaj recenzji
Paweł Ziarko recenzuje w Akademickim Radiu Luz pierwszy tom opowiadań, czyli Człowieka zwanego Biurkiem. “Absurd pozwala na oderwanie się od szarej rzeczywistości i puszczenie wodzy fantazji bez przejmowania się skostniałą logiką”. Lepiej bym tego nie ujął:-)
![]()
Uroczy dialog lalkarzy z “Boholka Toys”
Odgrzebywałem wczoraj stare scenariusze przy okazji niezobowiązującego zamówienia (z którego pewnie i tak nic nie wyjdzie) na serial komediowy do telewizji prywatnej. Większość ze skryptów po paru latach zestarzała się emocjonalnie, ale “Boholka Toys” trzyma formę. Pomysł prosty na komedię: polskie biuro czeskiej firmy produkującej pluszowe zabawki. Dorośli ludzie zachowują się jak dzieciaki, a przy tym niemiłosiernie się stresują.
I tak sobie przypomniałem kilkuletnią krytyczną uwagę, że scena z lalkarzami zalatuje dialogowo Misiem. No zalatuje, co zrobić, zwłaszcza że misia robią.
![]()
ZEWNĘTRZE. OBSKURNE PRZEDMIEŚCIE – DZIEŃ
W okolicy pełnej zaniedbanych starych domów i nieciekawych budynków gospodarczych stoi niewymownie szpetny baraczek z niewielkim szyldem “Rambo Lalkarstwo Jerzy Malina”.
WNĘTRZE. BARAK – DZIEŃ
Trzech LALKARZY w niewielkim zagraconym pomieszczeniu taśmowo zaszywa torebki z białym proszkiem w małych pluszowych tygryskach z napisem „Tiger Oooopsie”.
LALKARZ MALINA
A pamiętacie, proszę ja ciebie, jak ten z telewizji, ten najważniejszy od szopek i innych kabaretów, przychodził do nas, żebyśmy mu robili te figury na tą szopkę niby noworoczną?
Ten Wałęsa to nam nie wyszedł, za mało śmieszny był w porównywalności z oryginałem, ale za to co ja miałem śmiechu od groma przy Połomskim, proszę ja ciebie, że ten. »»»
Małe bure skakadło – posłuchaj recenzji
Oto pierwsza z dwóch recenzji, które niedawno były emitowane w Akademickim Radiu Luz. O Małym burym skakadle opowiada Dominika Zapotoczna. Aż się chce napisać kolejnych 12 tomów.
![]()
Podejrzani ci sponsorzy, to fakt
Gdy wydawałem pierwszą książkę, Człowieka zwanego Biurkiem, doszedłem do wniosku, że nie ma możliwości znalezienia żadnego poważnego sponsora dla publikacji małego wydawnictwa, zalatującej absurdem, o dziwacznym tytule, podejrzanie niskiej cenie i niezidentyfikowanym autorze, podpadającym pod opracowanie zbiorowe.
Z czwartej strony, książka bez serii logotypów, właśnie na czwartej stronie okładki, jakoś mało przekonuje, skoro nikt jej nie chciał wziąć pod opiekę mediową, finansową i każdą inną. Stąd przekorny pomysł, by sponsorów sobie dorobić, tak, jak większość ludzi dorabia sobie życiorysy. »»»

Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

