E-książki i self-publishing: to już trzy lata

Ten wpis będzie trochę w stylu tekstów “moje życie z modelami samolotów w skali 1:72″, ale o to właśnie mi chodzi. Każdy ma swoją pasję i warto o niej pisać bez względu na to, jak zabawnie by ona nie brzmiała.

Nie wiem, jakby się to wszystko potoczyło, może dalej pracowałbym w reklamie, gdyby nie moja pierwsza e-książka.

W październiku 2008 roku opublikowałem w Feedbooks Hasło niepoprawne, kolekcję 25 opowiadań dla geeków. Przygotowanie materiału do publikacji cyfrowej zajęło mi 40 minut. Do tego zaprojektowałem okładkę, napisałem notkę prasową o pierwszej polskiej książce na iPhona i zrobiłem ładnego jpega (patrz obok).

Liczyłem na to, że wieść się rozniesie, bo w tym czasie iPhone wchodził do Polski, ale nie spodziewałem się aż takiego efektu. W kilka dni książka została pobrana ponad tysiąc razy. Jednak dużo większy wpływa na moje podejście i zaangażowanie miała wydana w tym samym dniu i w ten sam sposób anglojęzyczna wersja książkiPassword Incorrect.

Hasło niepoprawne, gdy już informacja o nim zniknęła ze stron Gazety.pl, Wirtualnej Polski i Newsweeka, przestało cieszyć się powodzeniem. Za to wersja angielska zaczęła żyć własnym życiem i to bez żadnej promocji. Książka trafiła na pierwszą stronę Feedbooks, Will Wheaton dodał ją do ulubionych i niespodziewanie szybko dorobiła się zagranicznych recenzji.

Było w tym coś, co idealnie odpowiada mojemu podejściu: jeśli masz naprawdę ciekawą propozycję, to prędzej czy później chwyci, bez żadnego wspomagania w postaci znajomości, dojść lub też zwykłego narzucania się. Pierwsza polska książka na iPhona chwyciła, Hasło niepoprawne nie. Mogę to z perspektywy czasu bez żadnego wstydu powiedzieć. Nie zależy mi na budowaniu atmosfery sukcesu, ale na uczciwym przedstawieniu sytuacji.

Oprócz kilku wyjątków, Hasło niepoprawne, podobnie jak wszystkie książki drukowne oraz nowa seria, E-opowiadania, spotkały się z mocno średnim przyjęciem. Bardzo możliwe, że oprócz swojego charakteru (opowiadania i w dodatku absurdalne) traktowane są przez swoją formę (cyfrowa), autora (nieznany) i cenę (za darmo lub po 2,99zł) za niewarte uwagi. Niejeden powiedziałby “nie poddawaj się”, ale nie o poddawanie tu chodzi, tylko o realną ocenę sytuacji, uczciwość i pokorę.

Zupełnie inaczej jest z Password Incorrect. To dzięki tej książce i wydatkowi na tłumaczenie (który dawno się już zwrócił) robię to, co robię – zajmuję się e-książkami i self-publishingiem. Co najważniejsze – nie wyobrażam sobie, żebym w swoim życiu mógł robić cokolwiek innego.

Angielska wersja, żeby było to jasne, wcale nie jest wielkim bestsellerem. Zarabiam na niej dzięki skali. Niszowa lektura w Polsce to zupełnie innym poziom popularności niż ta sama niszowa lektura dostępna po angielsku na całym świecie. Więcej pobrań i więcej opinii. Opinie są i dobre i złe, ale to dzięki nim dowiedziałem się, że piszę jak Lem lub “Vonnegut z ADHD”. Żeby było ciekawiej, kiedyś wysyłałem książki do polskich wydawnictw (bez skutku), a wydawnictwa z Anglii czy USA znajdują mnie same.

Każdy woli wracać do miejsca gdzie go chcą i potrzebują. A self-publishera z Polski widocznie potrzebują. Dzięki temu publikuję artykuły w TeleRead, Digital Book World, BookBuzzr czy FutureBook i jestem polskim partnerem Read an Ebook Week.

Najważniejsze jest jednak co innego. Internet powoduje, że w jednej chwili możesz uczestniczyć w działaniach, które cię inspirują, fascynują i powodują, że się rozwijasz. Tak jest z fenomemem self-publishingu i literaturą cyfrową. Część swojej wiedzy starałem się przekazać na blogu, czy to w postaci artykułów dla self-publisherów, czy też dzieląc się swoimi projektami literackimi, jak chociażby historie tworzone na komórce.

Z perspektywy trzech lat, wiele rzeczy nie wyszło, wiele straciłem dlatego, że nie jestem przebojowy, ale też wiele zyskałem tylko dlatego, że to co myślę trafiało na serwery Google a nie do szuflady. Świat pędzi, zapętla się w multitaskingu i ryczy wpisami na ścianie na Facebooku. Nie ma co czekać, aż ktoś przyjdze i powie “fajne”.

Jeśli masz pasję, pozwól jej zaistnieć. Ja już mam – takie samoloty w skali 1:72. Z tym że nie z papieru.

      Ads
Tags:
  • http://czlowiekwsrodluster.wordpress.com/ Marcin Królik

    Mogę mówić tylko za siebie, ale dla mnie Twoje artykuły o literaturze 2.0 i seria poradników dla indies były przełomowe. Kompletnie przeorały moje myślenie o docieraniu do odbiorców. Mimo że w moich doświadczeniach z self-publishingiem nadal nie wyszedłem poza etap nieśmiałych eksperymentów i mam jeszcze do opanowania sporo niuansów czysto technicznych (choćby robienie okładek), dźwignia w mojej głowie nieodwracalnie się przestawiła. Z moją powieścią, którą – mam nadzieję – wreszcie skończę, przypuszczalnie w pierwszej kolejności uderzę do tradycyjnych wydawców, ale mimo wszystko będę miał poczucie, że nie jestem od nich uzależniony. Że Virtualo czeka :)

    Interesuje mnie jeszcze kwestia przekładów. Próbowałeś tłumaczyć najpierw sam, czo od razu kogoś do tego wynająłeś? Ja posługuję się angielskim całkiem nieźle, ale projekt anglojęzycznej wersji “Człowieka wśród luster” okazał się falstartem, bo najzwyczajniej nie dawałem rady czasowo. Próbowałem też pisać powieść symultanicznie – od razu po polsku i angielsku, ale to też na razie niewypał.

    Ty z tego, co widzę, chyba powoli odpuszczasz sobie polski obszar językowy. Może i ja powinienem kiedyś o tym pomyśleć. Zostanie takim Josephem Conradem czy Jerzym Kosińskim ery cyfrowej to intrygująca pokusa :)

    • http://passwordincorrect.com Piotr Kowalczyk

      Cześć Marcin,

      książkę dałem do przetłumaczenia, intuicyjnie wyczuwając różnicę skal. Niewiele osób czyta opowiadania – i jest to reguła zarówno w Polsce i za granicą – z tym, że za granicą jest ich o wiele, wiele więcej.

      Z opowiadaniami jest łatwiej. Możesz przetłumaczyć jedno, żeby sprawdzić, jak jest odbierane przez czytelników. Może to jest trop na publikowanie po angielsku. Kindle Singles albo 40kBooks to przykłady, że krótka forma ma się coraz lepiej.

      Z pisaniem po polsku masz rację. Nie mam czasu zajmować się tym i tym, a po angielskiej stronie jest po prostu więcej możliwości.

      2011/10/20 Disqus

      • Artur Boratczuk

        “Zupełnie inaczej jest z Password Incorrect. To dzięki tej
        książce i wydatkowi na tłumaczenie (który dawno się już zwrócił) robię
        to, co robię – zajmuję się e-książkami i self-publishingiem. Co
        najważniejsze – nie wyobrażam sobie, żebym w swoim życiu mógł robić
        cokolwiek innego.”

        Piotrze, nie do końca rozumiem to zdanie. Czy uważasz za sukces to, że dzięki Password Incorrect uprawiasz publicystykę dotyczącą self-publishingu i ona jest źródłem utrzymania, dzięki któremu nie musisz robić w reklamie, czy też Password daje Ci tyle kasy? Nie lubię ludziom zaglądać do kieszeni, nie chciałbym być wścibski,ale skoro powiedziałeś A, to wypada jasno powiedzieć B. Sprzedawalność książki na Amazonie dość łatwo określić na podstawie pozycji Amazon Bestsellers Rank podawanej przy każdym tytule (dla każdego oddziału narodowego jest osobny ranking). Jak ta pozycja się przekłada na ilość sprzedanych egzemplarzy wiem po swoich książkach, które sprzedają na Amazonie i  z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to ilość, która nikomu nie pozwoliłaby na utrzymanie czy rezygnację z jakiejkolwiek innej pracy dochodowej. Piszę to, aby nikt nie uległ złudnym nadziejom i hurra optymizmowi. Każdy piszący dla własnego dobra, żeby na nie było płaczu i zgrzytania zębów, powinien zdawać sobie sprawę, że stawiając tylko na publikacje cyfrowe, które na najbardziej rozwiniętym amerykańskim rynku stanowią ok 10 proc, rynku wydawniczego, pozbawia się dostępu do 90 proc czytelników, którzy wolą jednak czytać niż e-czytać. W Polsce ten stosunek jest jeszcze bardziej na niekorzyść e-czytania.
        Artur Boratczuk

        • http://passwordincorrect.com Piotr Kowalczyk

          Artur, trudno jest zarabiać na książce, która dostępna jest za darmo. Oczywiste jest, że dzięki Password Incorrect, książce która dostępna jest za darmo, zająłem się e-książkami i self-publishingiem – w najszerszym możliwym zakresie. A sposobów na zarabianie jest wiele – i o tym też pisałem, np w tej prezentacji: http://www.passwordincorrect.com/2011/03/03/self-publishing-a-source-of-innovative-thinking-and-how-to-benefit-from-it-presentation/
          Robię wiele z tych rzeczy: doradztwo, programy partnerskie, zlecenia (projektowanie), księgarnia internetowa. Natomiast jeśli oczekujesz ode mnie dokładnego rozliczenia, to niestety cię rozczaruje – nie mam ambicji zostania Joe Konrathem.

          [image: DISQUS]

          • Artur Boratczuk

            Nie, nie oczekuję żadnego rozliczenia. Chciałem po prostu, żeby była jasność co do tego, czy z e-pisania można żyć i jakiego. Bo czym innym jest zarabianie na swojej literaturze, o czym pewnie większość z odwiedzających Twój blog marzy, a czym innym doradztwo, zlecenia, prowadzenie księgarni. A odniosłem się do Password Incorrect na Amazonie, bo tam nie jest za darmo, tylko płatne, a Czytelnicy tak naprawdę głosują portfelem i ilość pobrań w serwisach, gdzie tytuł jest dostępny za darmo to żaden wskaźnik ani zachęta dla przeciętnego self-publishera.

            Ja osobiście, po okresie bezkrytycznej fascynacji self-publishingiem, patrzę na to zjawisko bardziej trzeźwo. Osobom, które marzą o karierze pisarskiej realizowanej tylko w świecie wirtualnym, za punkt odniesienia biorąc powtarzany do znudzenia przykład Amandy Hocking, mogę zadedykować fragment wpisu Pawła Pollaka na jego blogu (wiem, że masz z nim na pieńku, ale to nie powód, żeby dezawuować logikę jego wpisu i udawać, że tej logiki nie ma):

            “(…) sukces Hocking nie jest normą, tylko wyjątkiem, traktowanym jako
            sensacja. Równie dobrze można dowodzić, że granie w totolotka jest
            racjonalnym sposobem na zarobienie pieniędzy, bo parę osób wygrało.”
            http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/pisarzu-nie-zostawaj-indie.html

          • http://passwordincorrect.com Piotr Kowalczyk

            Co miesiąc robię podsumowania najlepszych książek w Kindle Store (tu jest za pierwsze półrocze http://ebookfriendly.com/2011/07/08/top-self-published-kindle-ebooks-in-first-half-of-2011/) i średnio 20 książek z pierwszej setki to self-publishing. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę różnicę skal (Polska vs. świat oraz wersja drukowana vs. wersja elektroniczna), ale jedno można przyjąć za pewnik – popularność e-książek będzie rosła, również w naszym kraju.

            Jeżeli ktoś jest autorem bez dorobku, to może wybrać self-publishing i nie czekać aż zgłosi się do niego wydawnictwo – skupiam się na tym, żeby pisarzom właśnie to wyjaśniać. Żeby publikowali książki, bo mogą to zrobić za darmo (a nie, że mogą zarobić miliony). Chyba nie ma w tym nic złego. Paweł Pollak tłumaczy, że self-publishing się nie opłaca, a z drugiej strony, dosyć merkantylnie, sam zakłada wydawnictwo zorientowane na Kindle Store.

            Nie wiem, co masz na myśli pisząc “to nie powód, żeby dezawuować logikę jego wpisu i udawać, że tej logiki nie ma”. Nie mogę dezawuować logiki wpisu i cokolwiek udawać, skoro wcale tego wpisu nie komentowałem. Może chodzi ci o kogoś innego?

            2011/10/22 Disqus

          • Jurek

            Jest jeszcze jeden sposób na zarabianie – http://www.beezar.pl

  • Artur Boratczuk

    @: “Co miesiąc robię podsumowania najlepszych książek w Kindle Store (tu jest za pierwsze półrocze http://ebookfriendly.com/2011/... i średnio 20 książek z pierwszej setki to self-publishing”

    W tych danych, jak i w dostępnym na Amazonie rankingu brak jest najważniekszej informacji – ile egzemplarzy zostało sprzedanych? Sama pozycja w rankingu nic nie mówi. Zapewne tytuły z pierwszej setki sprzedają się w niemałym nakładzie. Ale jaki on jest faktycznie, kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy nie wiemy. Ważniejsza dla self publisherów byłaby też informacja, jaka jest przeciętna sprzedaż na Amazonie? W angielskim Amazonie np. sprzedaż jednego (!) egzemplarza powoduje przeskok w rakingu nieraz o kilkadziesiąt tysięcy pozycji. W pewnym momencie, kiedy sprzedał się tam czterdziesty któryś egzemplarz mojego zbiorku “Trzy opowiadania i list”, trafił na pozycję sześć tysięcy którąś. Oznacza to, że blisko milion tytułów na angielskim Amazonie sprzedało się w ilości mniejszej niż czterdzieści kilka. W amerykańskim po rankingu widać, że średnia sprzedaż jest wyższa, ale nie aż tak bardzo.

    @: “Jeżeli ktoś jest autorem bez dorobku, to może wybrać self-publishing i
    nie czekać aż zgłosi się do niego wydawnictwo – skupiam się na tym, żeby
    pisarzom właśnie to wyjaśniać”

    Dorobek dla autora oznacza zaistnienie wśród czytelników, którzy jego książkę kupią. Bo udostępnianie za darmo to jest po prostu rodzaj zabawy, niewartej poważnej dyskusji. Self-publishing to dla autorów bez dorobku tylko sposób na opróżnienie szuflady. Namiastka dorobku. Statystycznie daje mniejsze szanse na sukces niż wydanie na papierze. Statystyczna sprzedaż książki papierowej jest kilkunastokrotnie wyższa niż e-booka.

    :@”Żeby publikowali książki, bo mogą to zrobić za darmo (a nie, że mogą zarobić miliony). Chyba nie ma w tym nic złego”

    Za darmo to jest, jak wiadomo, tylko ser w pułapce na myszy. Normalny człowiek publikuje to, co stworzył w pocie czoła, żeby na tym zarobić. Nawet jeśli może opublikować za darmo, ale też figę, albo niewiele z tego mieć, to gra niewarta jest świeczki.

    @: “Paweł Pollak tłumaczy, że self-publishing się nie opłaca, a z drugiej
    strony, dosyć merkantylnie, sam zakłada wydawnictwo zorientowane na
    Kindle Store.”

    Z tego, co widzę, “Kanalię” na Kindle Store opublikował w ramach Nissaby, wydawnictwa, które prowadzi od dawna i wcale nie zakładał go jako zorientowane na Amazon. To że opublikował jeden tytuł (który był już wydany wcześniej na papierze) na Kindle Store, nie oznacza, że zmienił zdania co do opłacalności self-publishingu. Parę złotych na pewno z KDP ma, ale mogę się założyć, że nawet na opłacenie rachunków telefonicznych wydawnictwa Nissaba to nie wystarczy. Korzysta po prostu z jednego z dostępnych kanałów dystrybucji, ale nie gloryfikuje go.

    @: “Nie wiem, co masz na myśli pisząc “to nie powód, żeby dezawuować logikę
    jego wpisu i udawać, że tej logiki nie ma”. Nie mogę dezawuować logiki
    wpisu i cokolwiek udawać, skoro wcale tego wpisu nie komentowałem. Może
    chodzi ci o kogoś innego?”

    Piotrze, nie napisałem, że Ty dezaawuujesz, ale że nie można dezawuować. Napisałem to w kontekście Twojego zwarcia z Pawłem Pollakiem właśnie po to, żebyśmy do tego zwarcia nie wracali… Nie chodziło mi o nikogo.

    @: “ale jedno można przyjąć za pewnik – popularność e-książek będzie rosła, również w naszym kraju.”

    Zapewne będzie rosła. Ale to nie jest argument dla autorów. O wzrost rynku niech się martwią i zabiegają księgarnie z e-bookami i producenci czytników. Ani czytelnicy, ani autorzy nie musza się angażować w cały ten wyścig, bo mają wybór – książki papierowe.

    • http://czlowiekwsrodluster.wordpress.com/ Marcin Królik

      Zastanawiam się, czy coś nam tu przypadkiem nie umyka. Piszę to w kontekście blogowego posta Pawła Pollaka, który podlinkował Artur.

      Znowu mogę mówić tylko we własnym imieniu. Ja tych artykułów o self-publishingu, na które w tak niewybredny sposób zżyma się Pollak, wcale nie odebrałem jak wezwania do totalnego bojkotu tradycyjnego rynku. Raczej jako zachętę do rewizji pojęcia pisarza i pisarstwa w świecie Internetu. Pod ich wpływem wcale nie porzuciłem planów pukania do wydawniczych drzwi – na równi z siecią drukuję w pismach literackich i antologiach, a jak pisałem już powyżej, gdy wreszcie skończę powieść (uff, oby przed końcem świata), prawie na pewno w pierwszej kolejności uderzę z nią do kilku wydawnictw. (Zaniechałem planów wydania zbioru opowiadań, bo wydawcy w Polsce nie biorą opowiadań od debiutantów, chyba że z opcją partycypacji w kosztach).

      W moim odczuciu pisarz niezależny to przede wszystkim ktoś, kto nie stawia sobie sztucznych barier istniejących w gruncie rzeczy tylko w głowie. Nie widzę przeciwwskazań, by funkcjonować jednocześnie w mainstreamie i w sieci. Wręcz żywię przeświadczenie, że te płaszczyzny mogą się wspaniale uzupełniać. Można być aktywnym, publikując w tradycyjny sposób; można też tworzyć rzeczy przeznaczone na ścieżkę wydawniczą i zarazem takie, które udostępniałoby się jedynie w sieci. Potrafię to sobie wyobrazić i niewykluczone, że sam w przyszłości będę się tak zabawiał.

      A jeśli moi obecni i przyszli wydawcy będą chcieli pozywać mnie do sądu, każę im się wypchać. Jedno z moich opowiadań, które pierwotnie wrzuciłem na bloga, później ukazało się w czasopiśmie. Usunąłem je z bloga, ale nie dlatego, że mi kazano. Chciałem po prostu być fair wobec redaktorów. Można też przecież wrzucać na bloga lub w formie e-booków na platformy self pub fragmenty książek wydanych na papierze z linkami do księgarń, gdzie są do nabycia. Paleta pomysłów jest niewyczerpana – kwestia inwencji.

      Dla mnie internet i self-publishing to przede wszystkim ciekawe zjawisko artystyczne. Jako artysta chcę zbadać możliwości nowych materiałów, przekonać się, co mogę za ich pomocą osiągnąć. Dlatego antagonizowanie, tworzenie podziałów na 1.0 i 2.0 – niezależnie na czyją korzyść – uważam za błąd myślowy. Po prostu: pojawiły się nowe narzędzia, czy też raczej poszerzenie potencjału starych, i mnie jako twórcę kusi sprawdzenie, dokąd mogę dzięki nim dotrzeć.

      Tak to subiektywnie widzę. Zapewne nie do końca zgodnie z intencją gospodarza tego bloga, a jeszcze bardziej nie po myśli Pawła Pollaka, ale nazwijmy to na użytek tej dyskusji twórczym rozwinięciem.

      • Artur Boratczuk

        @: “Znowu mogę mówić tylko we własnym imieniu. Ja tych artykułów o
        self-publishingu, na które w tak niewybredny sposób zżyma się Pollak,
        wcale nie odebrałem jak wezwania do totalnego bojkotu tradycyjnego
        rynku. Raczej jako zachętę do rewizji pojęcia pisarza i pisarstwa w
        świecie Internetu”

        Ja tekst Pawła Pollak odebrałem jako głos zdrowego rozsądku i krytykę kiepsko napisanego językowo tekstu. Internet nie zmienił pojęcia pisarstwa i pisarza, tak samo jak nie zmienił tego silnik parowy, telewizja i podróże w kosmos.  Piotr wcale nie zachęcał do żadnej rewizji, tylko sam tę rewizję przeprowadził, trochę bez ładu i składu, i sam wprowadził sztuczny podział na pisarza 1.0 i 2.0.

        @: “Dla mnie internet i self-publishing to przede wszystkim ciekawe zjawisko
        artystyczne. Jako artysta chcę zbadać możliwości nowych materiałów,
        przekonać się, co mogę za ich pomocą osiągnąć.”

        Marcinie, Twoim materiałem jest słowo, więc po prostu pisz i staraj się na tym pisaniu zarobić, żebyś mógł spokojnie dalej pisać, ale nie dorabiaj do tego artystowskiej filozofii i nie pleć o niezależności, bo niezależni to będziemy dopiero na cmentarzu. Szkoda na to Twojego talentu, który cenię. Pewnie że z Internetu trzeba korzystać, grzech w ogóle takie banały powtarzać, ale nie ma sensu się nim zachłystywać. Narzędzie jak narzędzie, jedno z wielu. Nie jest jednak na pewno naturalnym środowiskiem literatury ani jej ziemią obiecaną.

        No, ale od sedna wątku już i tak daleko odeszliśmy, więc ja podziękuję za dyskusję, bo jedną z pułapek netu jest właśnie pakowanie się w rozmowy na wszelkie możliwe tematy i dzielenie włosa na czworo, zamiast skupić się na swojej robocie. Trzymajcie się.
        Artur

        • http://czlowiekwsrodluster.wordpress.com/ Marcin Królik

          No dobrze, to ja też ostatni raz w zwanym temacie Marioli :)

          Przede wszystkim, Arturze, dzięki za ciepłe słowa o moim pisarstwie. Ja sam bez przerwy mam względem niego najróżniejsze wątpliwości.

          “(…)Piotr wcale nie zachęcał do żadnej rewizji, tylko sam tę rewizję
          przeprowadził, trochę bez ładu i składu, i sam wprowadził sztuczny
          podział na pisarza 1.0 i 2.0.”

          Dlatego właśnie piszę o twórczym rozwinięciu trochę wbrew intencjom Piotra, a nie o podążaniu za nim krok w krok. Wiesz, ja na self-pub nie zarobiłem jeszcze ani grosza – na tradycyjnym publikowaniu owszem tak.

          “(…) Twoim materiałem jest słowo, więc po prostu pisz i staraj się na tym
          pisaniu zarobić, żebyś mógł spokojnie dalej pisać, ale nie dorabiaj do
          tego artystowskiej filozofii i nie pleć o niezależności, bo niezależni
          to będziemy dopiero na cmentarzu (…)”

          Ja to nawet co do cmentarza i w ogóle życia po drugiej stronie tunelu mam spore wątpliwości. Nie, ja nie dorabiam artystowskiej filozofii i jak najbardziej mam świadomość, że moją podstawową materią jest słowo. Chodziło mi o coś innego. Pozwól, że posłużę się analogią z malarstwem: dla malarza podstawową materią jest obraz, gra świateł, perspektywa, figury etc., ale jeśli pojawiają się nowe typy farb i techniki, chce ich używać, by sprawdzić, co nowego może dzięki nim uzyskać. Właśnie to rozumiem pod pojęciem artystycznej ciekawości.

          Swoją drogą trochę dziwi mnie tak negatywna ocena self-publishingu u kogoś, kto tą metodą wydał własną powieść i promuje ją w sieci. Ale to tylko na marginesie i bez cienia wrogości. Nie musisz odpowiadać. Ewentualnie na priva, bo nie ma potrzeby zaśmiecać Piotrowi stronę.

          • Artur Boratczuk

            Marcinie, napisałem Ci PW przez wydaje.pl. Tutaj daję znać, bo nie wiem czy tam zaglądasz jeszcze, a chyba nie powiadamiają o czekających wiadomościach.

    • http://passwordincorrect.com Piotr Kowalczyk

      Ale to przecież możesz łatwo obliczyć. Locke sprzedał milion książek w Kindle Store w 5 miesięcy. Sprawdź listy Top 100 z pięciu najlepszych miesięcy – luty-czerwiec i będziesz miał wynik. Poza tym jest NovelRank.
      Najważniejsze jest to, i to każdy ci powie, że trzeba mieć w sprzedaży kilka, jeśli nie kilkanaście tytułów, a nie jeden. Według mnie za dużo analizujesz i zastanawiasz się czy to się opłaca. Z tego kolejny zbiór opowiadań nie powstanie.

      PS. iBookstore jest już dostępny w Polsce, więc warto i tam się znaleźć, tylko musisz swoje trzy książki w Smashwords zgłosić do Premium Catalog.
      2011/10/22 Disqus

  • aleksander sowa

    Przychylam się do twierdzenia, że na self-publishing należy
    spojrzeć trzeźwo. Tyle, że sukces Hocking nie wyjątkiem. Może i był traktowany kiedyś
    jako sensacja. Ale proszę pamiętać, że został powtórzony przez innych
    self-publisherów.  To  nie jest odosobniony przypadek, jak ktoś tam
    sugeruje.

    Zaraz to udowodnią nazwiska. Nie można przecież pomijać
    sukcesów Joe Konratha czy Jamesa Pattersona. Inny przykład to Barry Eislerod. Wydał
    samodzielnie swoje opowiadanie, które zaczło się świetnie sprzedawać (za 2,99
    USD). Jak donosi MediaBistro otrzymał propozycję zaliczki za jego wydanie w
    kwocie 500 000 USD ale tę propozycję odrzucił. Kolejny przykład: John
    Locke, choć nigdy nie  miał wydawcy sprzedał
    ponad milion swoich e-booków w Amazon,  tak
    samo jak Stieg Larsson czy Nora Roberts i tylko jeszcze kilku innych w
    elitarnym klubie Kindle Million Club.  Nie
    jest to kilkunastu, kilkudziesięciu ale tylko kilku autorów (o ile pamiętam,
    chyba  7).  

    Wprawdzie self-publishing traktowany u nas w tej chwili jako
    jakieś dziwne zjawisko, grafomania albo coś podobnego jest tak dlatego, że nasz
    krajowy rynek wydawniczy oraz preferencje czytelników są skostniałe, konserwatywne
    i archaiczne. Powodów jest kilka, przede wszystkim jednak opóźnienie w stosunku
    do np. USA czy Wielkij Brytanii.  W ciągu
    jednak najbliższych kilku lat będzie powszechnym zjawiskiem. Także u nas. Czeka
    nas wydawnicza (r)ewolucja. Polscy wydawcy przespali czas rozwoju e-booków. Pierwszego
    swojego e-booka zacząłem sprzedawać od 2004 roku.  Kiedy wydawałem oficjalnie pierwszego e-booka
    w 2007 roku amerykanie wystartowali z Kindlem, u nas prawie nikt nie dostrzegał
    potencjału jaki niesie możliwość wydawania i sprzedawania e-booków. Powstały 3 specjalizujące
    się w e-bookach wydawnictwa, które zachowały pozycję lidera rynku do dziś. Mimo,
    że prawnie nikt poważnie nie myślał o zarabianiu na e-bookach. Kiedy okazało
    się, że można na tym jednak trochę zarobić wydawcy wzięli się za to, co zawsze,
    czyli łupanie po kieszeni u autora i czytelnika. Ale dopiero teraz, kiedy dostrzeżono,
    że do Polski wejdzie ktoś obcy i zagarnie ten kawałek tortu (który zresztą
    będzie się szybko powiększał) przyszło przebudzenie i poniósł się lament (np.
    akcje „kupuj  u wydawcy” itp.). 

    Prawda jest taka, że  E-book, wydawcę prawie nic nie kosztuje, bo  jest  najczęściej
    publikacją wtórną do papierowej wersji (jest już okładka, korekta itd.). A większość
    wydawców w Polsce płaci obecnie autorowi ok. 20% (!) minus podatek honorarium
    autorskiego. Złote Myśli oferują dla przykładu 15%, choć kiedyś było to 25 %
    ale ich pozycja, w ich niszy pozwala stawiać warunki. Na razie. Przy książkach
    papierowych jest jeszcze gorzej, bo autor dostaje to 5-10%! Niestety jednak dla
    wydawców w Polsce przyszedł czas zmian i grunt im się pod stopami pali. Są
    przerażeni, bo ten rynek i tak się rozwinie. Ale autorzy nie będą chcieli oddawać
    90% ceny książki komuś innemu. Dystrybutorzy też będą musieli  zwijać manatki albo zmieniać politykę. Jeśli Amazon
    wejdzie do Polski, natychmiast opanuje rynek e-booków,  a potem weźmie się za sprzedaż wysyłkową.
    Kindle Direct Publising umożliwia każdemu autorowi samodzielną publikacje a
    amerykański gigant dzieli się z autorem zyskami nawet 70:30 (70% dla autora!). Już
    teraz Empikowe Virualo umożliwia sprzedaż e-booków autorom samodzielnie
    publikującym dzieląc się zyskami 50:50. Jak autor zyska popularność to wydawcy
    będą się prosić o to, by zechciał u nich wydać książkę, a nie jak teraz –
    odwrotnie. Na tym zyska autor i czytelnik. I stawki będą musiały być inne. Bo
    jeżeli za sprzedanie egzemplarza książki  w cenie 30 zł autor dostaje 3 zł, za ten sam
    tytuł sprzedany w formie e-booka w cenie 20 zł dostaje 4 zł, to jeśli autor wyda
    go sam zarobi na tym ok. 4-6 zł. Niby zmiana niewielka, ale… czytelnik zapłacić
    10 zł, a nie 20 albo 30 zł!  Teraz te
    pieniądze trafiają do kieszeni dystrybutora i wydawcy. Oczywiście upraszczam,
    ale to mniej więcej tak działa.  Trzeba oczywiście
    pamiętać, że wydawnictwo, dystrybutor ponosi koszty uzyskania dochodu.  Jasne, ZUS, utrzymanie pracowników, lokalu,  itp kosztuje ale self-publishing ich za sobą
    nie pociąga. Autor nie musi zakładać wydawnictwa, którego prowadzanie kosztuje,
    za korektę zapłaci 200-500 zł albo zrobi mu ją zaprzyjaźniona studentka
    fiulologi polskiej za darmo. Okładkę zrobi kumple grafik, albo przy odrobinie umiejętności
    autor zrobi ją sam (ja robię sam). Koszty reklamy i promocji mogą wynieść nawet
    0 zł, bo  wpisy na Fejsbuku, Twitterze,
    NK czy blogu nic nie kosztują. I najważniejsze – jeśli utwór jest dobry,
    osiągnie sukces bo Czytelnicy rozreklamują go sami.

    Uważam, że to trzeźwe spojrzenie. Przez pryzmat pieniądza.
    To on decyduje o większość spraw na świecie (łącznie z polityką, wojnami i gospodarką).
    Self-publishing zrewolucjonizuje nasz (i nie tylko nasz) rynek książki w ciągu
    najbliższych 2-3 lat. Oczywiście nie zagarnie 100%, bo w-booki też nie tego nie
    osianą od razu, ale w ciągu tych 2-3 lat czekają nas ogromne zmiany. Jak napisałem
    wcześniej (r)ewolucja wydawnicza. Rynek 
    e-booków  zyska kilka procent u
    nas całego rynku książki, a nie jak teraz najwyżej kilka dziesiątych procent  gros tytułów wydadzą autorzy indie. Oto moje
    zdanie, a poniżej moje samodzielnie wydane publikacje:

     

     

    http://www.amazon.com/​Aleksander-Sowa/e/​B004YOSGT0?_encoding=UTF8&t​ag=aleksowalites-20&linkCo​de=ur2&camp=1789&creative=​9325

    http://virtualo.pl/c2/?q=Aleksander%20Sowa

    • Artur Boratczuk

      @: “Przychylam się do twierdzenia, że na self-publishing należy

      spojrzeć trzeźwo. Tyle, że sukces Hocking nie wyjątkiem. Może i był traktowany kiedyś 
      jako sensacja. Ale proszę pamiętać, że został powtórzony przez innych

      self-publisherów.  To  nie jest odosobniony przypadek, jak ktoś tam

      sugeruje.”

      To jest odosobniony i bez znaczenia przypadek. Klub milionerów, czyli autorów, którzy sprzedali ponad milion e-booków na Amazonie  to obecnie zaledwie 11 osób. Jedenastu na blisko milion! Hocking dołączyła do tego klubu zresztą dopiero w tym miesiącu i to dzięki temu, że na Amazonie jest jej kilkanaście tytułów:

      http://phx.corporate-ir.net/phoenix.zhtml?c=176060&p=irol-newsArticle&ID=1628395&highlight=

       Poza nią są w  tym gronie m.in. Stieg Larsson i R.R. Martin,  a więc autorzy, którzy i bez tych e-booków świetnie się sprzedają i w nakładach kilkudziesięciokrotnie wyższych niż te na KDP. Równocześnie na amerykańskim rynku i w ogóle na świecie jest o niebo więcej innych autorów, którzy swoje drukowane książki sprzedali w tym samym czasie w nieporównywalnie większych nakładach. Równocześnie wedle zlinkowanych wyżej danych Amazona na KDP zaledwie 12 autorów sprzedało więcej niż 200 tys. książek (choć na tę liczbę może składać się i kilkanaście tytułów, czyli pojedynczy sprzedany nakład to kilka-kilkanaście tysięcy)  i zaledwie 30, którzy sprzedali ponad 100 tys. Jest to więc śmiesznie mało w porównaniu z nakładami i ilością bestsellerów na rynku papierowym.

      Można zresztą skorzystać z tego narzędzia:

      http://www.novelrank.com/track.php

      i posprawdzać, jaka jest sprzedaż tytułów z top100 KDP. Często jest to zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy miesięcznie. Z takiej sprzedazy nikt się nie utrzyma i twierdzenie, że self-publishing to jakiś sposób na życie i rozwiązanie dla autora uważam za pozbawione sensu.

      Pomijam tu już wartość literacką “dzieł” Hocking czy Locka. Mój angielski jest zbyt słaby abym mógł je wiarygodnie ocenić, ale na tyle, na ile moja angielszczyzna pozwala, uważam, że to zwykła grafomania. Równie dobrze można się podniecać wielkim sprzedanym nakładem sennika egipskiego albo kalendarza dla kierowców.
      @  “Wprawdzie self-publishing traktowany u nas w tej chwili jako

      jakieś dziwne zjawisko, grafomania albo coś podobnego jest tak dlatego, że nasz

      krajowy rynek wydawniczy oraz preferencje czytelników są skostniałe, konserwatywne

      i archaiczne. Powodów jest kilka, przede wszystkim jednak opóźnienie w stosunku

      do np. USA czy Wielkij Brytanii.  W ciągu

      jednak najbliższych kilku lat będzie powszechnym zjawiskiem. Także u nas. Czeka

      nas wydawnicza (r)ewolucja. Polscy wydawcy przespali czas rozwoju e-booków. ”

      A tam rewolucja. Pewnie taka jak z telegazetą… Na najbardziej rozwiniętym amerykańskim rynku sprzedaż e-booków to zaledwie 6 proc. rynku wydawniczego, a w Niemczech, które Amazona już od dłuższego czasu mają u siebie, niespełna 1 procent. Książki elektroniczne wcale nie są zbyt wygodne i przyjazne dla czytelnika, więcej z nimi kłopotów niż pożytku. Wydawcy niczego nie przespali, tylko działają rozsądnie i nie topią kasy w chwilowej nowince, o której za parę lat może nikt nie będzie pamiętał. A jeśli jakoś przetrwają to na ten rynek można wejść w każdej chwili i pośpiech żadnego nie ma. To nie Amazon dyktuje warunki, tylko wydawcy. I doszedłem do wniosku, że to wcale nie jest złe rozwiązanie. Co mnie w końcu obchodzi jakaś amerykańska firma?

      @: ” Kindle Direct Publising umożliwia każdemu autorowi samodzielną publikacje a

      amerykański gigant dzieli się z autorem zyskami nawet 70:30 (70% dla autora!). Już

      teraz Empikowe Virualo umożliwia sprzedaż e-booków autorom samodzielnie

      publikującym dzieląc się zyskami 50:50″

      Aleksandrze, dobrze wiesz, że przy cenie do 2,99 USD Amazon płaci autorowi nie 70, ale 30 proc. od ceny zbytu (czyli 30: 70 a nie 70:30).2,99 USD to ponad 10 zł, a przy tej cenie (moim zdaniem wskazanej dla e-booków) virtualo daje więcej. Chyba nie spodziewasz się, że Amazon, specjalnie na potrzeby naszego, siermiężnego i niewiele wartego rynku, rynku zmieni swoje zasady?

      @: “Uważam, że to trzeźwe spojrzenie. Przez pryzmat pieniądza.

      To on decyduje o większość spraw na świecie (łącznie z polityką, wojnami i gospodarką).

      Self-publishing zrewolucjonizuje nasz (i nie tylko nasz) rynek książki w ciągu

      najbliższych 2-3 lat.”

      Pożiwiom, uwidim. Moim zdaniem self-publishing jak i ogólnie książki elektroniczne niewiele zmienią, bo Czytelnik wcale nie potrzebuje książki taniej (zawsze może pozyczyć w bibliotece za darmo) lecz dobrze napisanej, a tego self-publishing nie zapewni i zaklinanie rzeczywistości i wróżenie z fusów to strata czasu. Science fiction to poza tym nie moja branża.
      Artur

    • Janusz Szablicki

      Witam. Jeżeli idzie o nieuchronnośc zrewolucjonizowania rynku wydawniczego,to jestem podobnego zdania. Tyle tylko, że wątpię, ażeby mogło to nastąpic już w ciągu najbliższych 2-3 lat. Zwłaszcza w Polsce, która przecież w statystyce zakupów tabletów w porównaniu z tzw. Zachodem, a nawet z Rosją nadal wlecze się – niestety! – na szarym końcu. Jeśli idzie o self-publishing, w oparciu o własne doświadczenia zdecydowanie preferuję Virtualo. Mam tam parę pozycji, głównie z zakresu science fiction.. Co prawda raczej trudno powiedziec, iż sprzedaż może przyprawiac o zawrót głowy, tym niemniej e-booki jednak schodzą. A nadto nie jest – przynajmniej dla mnie – bez znaczenia znakomita współpraca z Redakcją, zwłaszcza z odpowiedzialną w Virtualo za self-publishing Panią Redaktor Martyną Chrościcką, ze strony której doświadczyłem doprawdy wszechstronnej pomocy w trakcie przygotowywania mych pozycji do publikacji. Janusz Szablicki