Google eBookstore – przedgwiazdkowy falstart e-książkowy

Gdy w połowie października ubiegłego roku pojawiły się pierwsze zapowiedzi e-księgarni od Google, zanosiło się na rewolucję. Miała zapewniać swobodny dostęp do wirtualnej półki z każdego urządzenia z przeglądarką. Zero przywiązania do czytnika lub aplikacji dostępowej.

Minęło 14 miesięcy, w czasie których byliśmy utwierdzani w przekonaniu, że Google ostatecznie uwolni nas od typowych ograniczeń związanych z kupowaniem i czytaniem e-książek.

Wczoraj sklep w końcu ruszył i z punktu widzenia użytkownika – nie zachwyca. Pomijam tu sprawę ograniczenia sprzedaży jedynie do terytorium USA, o tym wiadomo było od dawna. Jest jednak kilka innych ważnych cech platformy, które pozostawiają wiele do życzenia.

Dziwne, że po tak długim czasie Google postanowił wystartować z półproduktem. Jedynym sensownym wyjaśnieniem jest to, że uległ presji wydawców, którzy chcieli realizować zyski już w czasie tegorocznych świąt.

Falstart 1 – Dostęp

Bardzo byłem ciekaw, jak Google rozwiąże sprawę dostępu do e-księgarni i wirtualnej półki użytkownika. Obietnica powtarzana od samego początku (każde urządzenie z przeglądarką, a więc komputer, tablet, telefon lub czytnik) była w ich zasięgu. Już wcześniej udostępnili zasoby swojego serwisu książkowego zwanego Books (wcześniej Book Search) na przeglądarki mobilne.

Wiadome było, że czytanie w przeglądarce będzie wymagało stałego dostępu do Internetu, więc można było się spodziewać aplikacji.

Aplikacje są. Dostęp z przeglądarek mobilnych też niby jest, ale problematyczny. Po pierwsze wcale się nim nie chwalą. W zakładce For the Web nie ma żadnej informacji o tym, jak wejść na mobilną stronę serwisu z telefonu. Tak robi Google? Który mobilnością stoi?

Sprawdziłem dostęp z Safari na iPhone i iPadzie. Na iPhonie jest bardzo kiepsko [zrzut]. Natomiast na iPadzie wszystko bardzo ładnie działa [zrzut]. Gdyby Google nie wystartował teraz, a za parę tygodni, pewnie zdążyliby dopracować dostęp z telefonów.

I tu czas na ukłony. Jedna z największych obaw, jakie miałem związana była z interfejsem służącym do czytania. Google nie słynie z ładnego UI. A w przypadku czytania książek, nienachalny i niebiznesowy interfejs ma olbrzymie znaczenie. Trzeba im przyznać – wykonali naprawdę świetną robotę. Na iPadzie zarówno czytnik przeglądarkowy, jak i aplikacja są bardzo dobrze zaprojektowane, choć na razie brakuje im wielu funkcjonalności, które posiada konkurencja.

Nie wiem też dlaczego aplikacje dostępne są jedynie w amerykańskim AppStore. Skoro reszta świata może pobierać i czytać darmowe książki z ich e-księgarni, to nie widzę powodu, by to reszcie świata blokować.

Falstart 2 – Wyszukiwanie

Tego już naprawdę nie mogę zrozumieć. Gigant wyszukiwarkowy w swojej e-księgarni dostarcza narzędzie do wyszukiwania, które pozbawione jest funkcji serwisu od którego pochodzi, czyli Books.

Nie ma możliwości wybrania tytułów darmowych (w Books jest – “free preview”), czy według daty wydania (w Books jest).

Samo wyszukiwanie to już tragedia. Gdy wpisuję dokładny tytuł książki z domeny publicznej, najpierw pojawia się długa lista esejów, artykułów, tudzież innych publikacji nie mających wiele wspólnego z tym czego szukam. Przykład poniżej: oto co pokazuje wyszukiwarka Google eBookstore dla The Curious Case of Benjamin Button.

W przypadku Google po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że co za dużo książek to niezdrowo. Po co mi 3 miliony tytułów, jeśli nie mogę znaleźć jednego, a co najważniejsze – wiem, że ten tytuł gdzieś tam jest.

Falstart 3 – Wirtualna półka

W obecnej wersji półka to ledwie początek pracy. Nie ma do niej dostępu z konta użytkownika z poziomu przeglądarki mobilnej. Według mnie użytkownicy kont Google powinni znaleźć na liście dostępnych usług nową, nazwaną eBooks lub eBookstore.

Do półki można się dostać jedynie na komputerze, przez wcześniejszą usługę Books lub przez e-księgarnię.

Dobre jest to, że Google wyjaśnia, jako dodać książki kupione w ich e-księgarni do czytników obsługujących Adobe DRM. Prawdę mówiąc, spodziewałem się również działania w drugą stronę: łatwości dodawania przez użytkowników własnych, dotychczas zgromadzonych książek. Na razie tej funkcjonalności nie ma i pod tym względem Google nie różni się od konkurencji.

Nic by się nie stało, gdybyśmy jeszcze trochę poczekali. Odkładane premiery Google Editions mobilizowały bowiem konkurencję – z korzyścią dla czytelników.

W tym samym mniej więcej okresie, co pierwsze zapowiedzi Editions (październik 2009), uruchomiona została sprzedaż Kindle poza USA.

Na początku roku, gdy wiadomo było, że Editions ma ruszyć w I kwartale, Amazon zmienił zasady podziału zysków – na korzyść autora/wydawcy, zbliżając się tym do modelu oferowanego przez Google, a także zaoferował możliwość publikowania autorom spoza USA.

Wojna na ceny czytników w maju, między Amazonem, Barnes&Noble i Kobo, była według mnie ruchem uprzedzającym wprowadzenie Editions w czerwcu (pamiętacie: z każdej przeglądarki – czytnik będzie niepotrzebny).

Ostatnio, gdy znowu zrobiło się głośno o e-księgarni Google, Amazon po cichu obniżył opłaty za międzynarodowy Whispersync.

Tak więc na rynku e-książki odbyło się wiele dobrego za sprawą Google, zanim jeszcze wprowadził swoją e-księgarnię. A gdy już się wszystkim objawiła, raczej konkurencję uspokoiła. Szkoda, przez falstart googlowskiej e-księgarni Amazon może nie czuć już wielkiej potrzeby wprowadzenia ePubu na listę obsługiwanych formatów.

Falstart. Falstarty nas prześladują. Falstart miał Empik. Falstart miał Woblink. Rozumiem potrzeby biznesowe, ale użytkownik na tym jedynie traci. Potężna fala informacji o danym serwisie dociera do niego momencie, gdy serwis nie jest gotowy. Dostaje on zaproszenie do niewykończonego mieszkania.

Choćby nie wiem jak mocno przekonywali mnie fachowcy od PR-u, niewykończone mieszkanie jest niewykończonym mieszkaniem, w którym nie mam ochoty zamieszkać, a nie wiem, czy będę chciał wrócić by sprawdzić, czy coś zmieniło się na lepsze.

      Ads
Tags: , , ,