Google-translated fiction – wersja 2.0
Google-translated fiction jest, obok historii obrazkowych tworzonych w całości na iPhonie (one picture stories) oraz mikroopowiadań na Twitterze konstruowanych za pomocą popularnych tagów (hashtagstories), jednym z projektów literackich, którymi chcę zwrócić uwagę czytelników na swoją twórczość – twórczość technologicznie zakręconego self-publishera z Polski.
Potencjalnych czytelników szukam w każdym kraju na świecie, nie tylko w Polsce. Pojęcia granicy geograficznej, barier językowych, lokalnych rynków wydawniczych przestają mieć sens w czasach mediów społecznościowych – i skwapliwie z tego korzystam.
Bez względu na to, jak dziwnie kojarzy się Google-translated fiction, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych projektów, które tworzone są w języku angielskim, teksty dostępne są również po polsku, więc zachęcam do czytania krytycznym okiem oraz podzielenia się swoimi spostrzeżeniami.
Jak ewoluował projekt?
W pierwotnej odsłonie projekt było niczym innym poza zgodą wyrażoną samemu sobie na udostępnienie twórczości do przemaglowania przez pojęcie ogólnie kojarzone z obciachem – czyli przez automatyczny skrypt tłumaczeniowy.
Kilka ze swoich opowiadań potraktowałem za pomocą Google Translate, żeby było ciekawiej – kilkakrotnie. W ten sposób nadałem opowiadaniom nowy wymiar – zyskały one piętno okrutnie sfatygowanych przez technologię.
Technologia. O nią mi najbardziej chodzi. Chcę ją wykorzystywać nie jako niewidzialne narzędzie do tworzenia słów. Chcę ją wydobyć, pokazać jej wpływ na proces twórczy i jego efekty.
Wariacją pierwotnej wersji GTF była jednorazowa akcja na Twitterze - Google-translated Day. Rodzaj artystycznego happeningu polegający na tym, że szczegółowo opisywałem swój dzień, to czym się zajmuję, o czym myślę. Pisałem po polsku, teksty lądowały w widżecie tłumaczeniowym Google, gdzie dostawały się do sfery anglojęzycznej – i w takiej właśnie postaci trafiały do ćwierkalni.
Cel happeningu był jasny: patrzcie, jak technologia sprowadza wszystko do pustego dowcipu, jak wszystko zniekształca i spłyca. Nieważne, czy opisujemy smutek, radość czy złość. Czytelnicy dostają niestrawną papkę, po której pozostaje lekki grymas niesmaku.
Ale wciąż to nie było to. Za mało w tym było z autora, a za dużo z komputera.
Na czym polega nowa wersja?
Gdy po nieco dłuższej przerwie z ciekawości przetłumaczyłem za pomocą Google jedno z wcześniej zdegenerowanych opowiadań, zauważyłem olbrzymią poprawę jakości. Pomyślałem, że ten czas, gdy automatyczne skrypty otrzymają błogosławieństwo pisarzy, jest już bardzo blisko.
Wtedy właśnie wpadłem na pomysł, którego efekty można już zobaczyć w nowej aktualizacji projektu.
Zasada twórcza: pisać tak, by uzyskać jak najlepsze tłumaczenie od Google Translate – na angielski – a potem znowu na polski.
Na pierwszy rzut oka: eee tam. Od razu koryguję. To nie to samo, co napisanie opowiadania po angielsku i umieszczenie go na blogu razem z widżetem Google Translate – wiecie, żeby reszta świata widziała, jak piszą urodzeni Amerykanie lub Anglicy. Oni nie braliby pod uwagę efektu tłumaczenia za pomocą skryptu – co wyjdzie to wyjdzie, ich to nie obchodzi.
W przypadku Google-translated fiction tworzenie polega właśnie na nieustannym sprawdzaniu jak tekst wypadnie po drugiej stronie tłumacza Google. Pracuję w ten sposób, że jeśli już otrzymam sensowne tłumaczenie na angielski, tłumaczę tekst z powrotem na polski – i też musi być w miarę w porządku.
Jakie jest przesłanie?
Długo zastanawiałem się o czym powinny być opowiadania? Rozwiązanie jest genialnie proste: o komunikowaniu się między ludźmi. Jakiś czas temu ukułem frazę, która brzmi: Google Translate przekazuje taką samą część informacji, jak człowiek, który nie słucha. I tego postanowiłem się trzymać.
Opowiadania będą więc o człowieku, Adamie Labbe, który wzywany jest w różne miejsca na świecie – wszędzie tam, gdzie z różnych powodów ludzie nie są w stanie się porozumieć, chociaż mówią tym samym językiem. Tytuł projektu: Co oni mówią/What they say.
Mamy więc paradoks: ludzie mają problemy w komunikowaniu się między sobą, a technologia, bez względu na to, jak zła by nie była, tę komunikację może ułatwić.
Napisanie pierwszego opowiadania zajęło mi sporo czasu. Czy było warto? Na pierwszy rzut oka każdy przecież mógłby przetłumaczyć swoje opowiadanie na jakikolwiek język i podpisać: Google-translated fiction.
Odpowiedź: warto było. Dla tech-absurdysty, tej szufladki jaką sam sobie stworzyłem i sam się w nią wpycham, dynamiczne wykorzystanie technologii (ze skutkiem sensownym lub nonsensownym) i pokazanie jej wpływu na autora, jest jak najbardziej uzasadnione i ma drugie dno: pokazuje, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od technologii, pokazuje, że jesteśmy tylko tak dobrzy, jak ona nam na to pozwala.
Po co to robię?
W przypadku każdego nieanglojęzycznego autora niszowego kreatywność jest realnym i bardzo sensownym rozwiązaniem. Nie ma wydawcy, nie ma pieniędzy? Nie ma problemu, pod warunkiem, że postarasz się maksymalnie wydobyć swoją oryginalność.
Mógłbym postarać się napisać te opowiadania po angielsku, ale po pierwsze nie byłyby tak dobre, jak opisane przez rodowitego Amerykanina czy Anglika, a po drugie nie stałaby za nimi żadna mocna historia.
W każdym kolejnym opowiadaniu o Adamie Labbe utrwalane będzie przesłanie, które uważam (być może zbyt wcześnie) za niesamowicie mocne. Choć historie mają być utrzymane w lekkim i humorystycznym tonie, to mam nadzieję, że od czasu do czasu na drugim końcu świata zrobią na kimś wrażenie – choć nie będzie rozumiał ani po polsku, ani po angielsku.
I jeszcze jedno. Jestem przekonany, że niedługo pojawią się aplikacje e-książkowe, które będą zapewniać możliwość roboczego tłumaczenia tekstu. A wtedy opowiadania napisanie tak, by dało się je sensownie przetłumaczyć z jednego języka na drugi i na odwrót, będą brzmiały sensowniej w ponad pięćdziesięciu pozostałych.
Pierwsze opowiadanie z cyklu “Co oni mówią”, w którym Adam Labbe pomaga aroganckiemu programiście (zgadnijcie na kim się wzorowałem) zrozumieć postępowanie użytkowników – do przeczytania w oryginalnej wersji polskiej tutaj, a w angielskim tłumaczeniu tutaj.
Pingback: Tweets that mention Google-translated fiction – wersja 2.0 | Password Incorrect -- Topsy.com