Trzech dobrych wydawców

Przygotowuję się do napisania obszernego wpisu traktującego o rozprzestrzenianiu się w Internecie literatury publikowanej samodzielnie, traktowanej na ogół jak materiał drugiej kategorii, czy bardziej obrazowo – szajs. Zbiór moich opowiadań Hasło niepoprawne, wydanych samodzielnie w formie e-książki, można z założenia zaklasyfikować do tej grupy.

Dzisiejszy wpis chciałem potraktować jako osobiste tło do przyszłej, mam nadzieję gorącej dyskusji – wpis “O zalewaniu Internetu książkowym szajsem” ukaże się na blogu w drugiej połowie sierpnia.

No to do rzeczy.

Trzech wydawców miało poważny wpływ na moje przyszłe decyzje, które w efekcie doprowadziły do ukazania się Hasła niepoprawnego. W 2006 roku jako młody pisarz (chodzi o dorobek, nie wiek) mający na sumieniu zagadkowy pseudonim (N. Podpisany) i kilkadziesiąt trudnych do zaklasyfikowania opowiadań, rozsyłałem je do wydawnictw i pism literackich z nadzieją na wywołanie jakiegokolwiek zainteresowania.

Z wysyłkami na ogólne adresy lub skrzynki mailowe firm (w tym przypadku wydawnictw) wiadomo jak jest: albo nie ma reakcji, albo reakcja jest automatyczna, w najlepszym razie kurtuazyjna. Skuteczność takiego działania zbliżona jest do zera, ale ja zawsze lubiłem to robić. Jeśli coś przebiło się do świadomości decydenta, to znaczy, że miało wartość.

Wydawca I

Był to jeden z periodyków, w którym publikowano opowiadania nieznanych lub mniej znanych twórców. Dostałem wiadomość, że w jednym z numerów ukażą się trzy moje opowiadania. Byłem z tego bardzo dumny.

Radość była tym większa, że wkrótce redaktor magazynu napisał maila, w którym chwalił teksty i twierdził, że może pomóc w ich opublikowaniu w znanym i cenionym wydawnictwie. Miałem jedynie dokonać selekcji, żeby nie wysyłać wszystkich.

W efekcie tego nie zrobiłem. Mój znajomy, który zresztą dał mi namiar na periodyk, powiedział, że dostał od redaktora bardzo podobnego maila.

Jak to zinterpretować? Czy redaktor wysyłał takie maile do wszystkich, którzy trafili na łamy magazynu? Jak na ostrą selekcję, obliczoną na wynalezienie najlepszych z najlepszych, to stanowczo za mało. A może wchodziło w grę coś jeszcze. W każdym razie powody takiego zachowania były niejasne.

Wydawca II

Do wydawnictw wysyłałem propozycje w postaci maksymalnie zaawansowanej. Zamiast wydruków A4 z Worda, były to teksty wstępnie złożone w formacie książkowym. Opracowałem również okładkę.

Otrzymałem trzy odpowiedzi. Jedna, że nie; druga, że nie, ponieważ nikt nie czyta opowiadań; a trzecia, że opowiadania są interesujące i że mam przesłać notę biograficzną. Wydawnictwo było renomowane, więc się spiąłem i napisałem notkę tego rodzaju, ponieważ nie miałem wcześniej żadnego dorobku, więc nie było się czym chwalić.

W odpowiedzi otrzymałem prośbę, żeby napisać notkę na poważnie. Napisałem na poważnie, a sprawa rozeszła się po kościach.

Oczywiście powodów mogło być wiele, ale dosyć szybko doszedłem do wniosku, że redaktor odpowiedzialny za selekcję tekstów, zainteresował się N. Podpisanym, bo uznał, że za pseudonimem może kryć się jakiś znany czytelnikowi autor, który być może chce zmienić styl i wystąpić incognito.

Wydawca III

Do kolejnych kilkunastu wydawnictw wysłałem nieco inną propozycję. Chciałem partycypować w kosztach wydania przez nich książki. Brałem na siebie koszt składu i druku, a wydawnictwo miało dokonać redakcji, korekty i umieścić książkę w swoich kanałach dystrybucji.

Tu sprawa była dużo klarowniejsza – trzy wydawnictwa odpowiedziały, że dlaczego nie, z czego jedno zainteresowało się aż za bardzo – i to zdradzając się z tym, że treść książki nie jest im znana.

Takie postępowanie rodzi pytanie: jak daleko wydawca może obniżyć swoje kryteria selekcji, jeśli ma okazję oszczędzić. Czy nie przeszkadza mu wydawanie lichej prozy, jeśli może oszczędzić na składzie i druku?

linia

Każdy pisarz, który poszukuje wydawców ma w swojej pamięci takie lub jeszcze ciekawsze epizody. Czasem ich efektem jest porzucenie myśli o pisaniu (przecież nic z tego nie wynikło), czasem, jak w moim przypadku – wręcz odwrotnie.

Uznałem, że opowiadania są wystarczająco dobre by zaistnieć na rynku. Wielu ludzi mających nadzieję chwyta się każdej nadziei, a taką właśnie nadzieję, bez względu na zawartość profesjonalizmu, zawierały te trzy epizody.

W efekcie nie tylko wydałem książkę drukiem za własne pieniądze, założyłem wydawnictwo, ale i postanowiłem rozwijać się dalej, czego efektem jest Hasło niepoprawne.

Czas na wnioski.

Jeżeli książka ta jest szajsem, to jest on w pewnym stopniu efektem przychylnej oceny kilku wydawców. No tak, ale ktoś mógłby powiedzieć, że powody ich decyzji są dalekie od merytorycznych czy wręcz profesjonalnych. Pytanie tylko: skoro powody są nieprofesjonalne, to czy jest to wyjątek czy reguła?

Jeśli natomiast Hasło niepoprawne nie jest szajsem, to można powiedzieć, że udało się książce zaistnieć dzięki właśnie tym wydawcom. Ale jak wiemy ich powody nie były do końca merytoryczne i profesjonalne. Tak więc można wyciągnąć wniosek, że dobre książki wychodzą na światło dzienne z powodu mało profesjonalnych decyzji wydawców. Czy więc takie decyzje są złe, czy może jednak dobre?

Z punktu widzenia autora, jest to trzech dobrych wydawców. A z punktu widzenia czytelnika? Jeśli książka nie jest szajsem to są dobrzy, a jeśli jest, to są źli?

      Ads
Tags: , ,