iPad – jeszcze się nie urodził, a już wojnę wywołał

Minęło parę dni od incredible-amazing-wonderful-awesome-ego wystąpienia Steve Jobsa, oficjalnie wprowadzającego iPada do świadomości połowy świata. Emocje minęły, w Internecie hasają już teraz przeważnie żarty o tym czym iPad jest (przerośnięty iPod) i czym nie jest (gliniana tabliczka). W powodzi zabawowego odreagowania iNowości można było przeoczyć jedną bardzo ciekawą informację.

Tak się składa, że iPad zdążył już wywołać wojnę na szczycie. I to tę najmniej spodziewaną, bo dotyczącą tematu, który Steve Jobs omijał z daleka od czasu, gdy wypowiedział legendarne “ludzie przestają czytać”.

Macmillan, wielkie amerykańskie wydawnictwo, jedno z “listy 5″ (czyli tych, które nawiązały współpracę z Apple), w dzień po prezentacji Jobsa, zażądało od Amazona zmiany warunków umowy – na te podobne do oferowanych przez Apple. W odpowiedzi amerykański gigant w jednej chwili wycofał książki wydawnictwa z oferty.

Podział zysków ze sprzedaży w iBookstore (księgarnia Apple) zakłada 70% dla wydawcy. Ma być też inna niż w Amazonie struktura cen, bez narzuconego górnego poziomu 9,99USD. Nie jest to wielka rewolucja. Sam Amazon od połowy roku wprowadzi możliwość wyboru warunków współpracy. Jedna z opcji zakładać będzie podział 70/30. Z kolei startujący w najbliższych miesiącach Google Editions ma oferować wydawcom 63% zysków i całkowity wpływ na wysokość ceny.

Po bliższym przyjrzeniu iBooks/iBookstore wypada blado w porównaniu z Amazonem lub Google Editions. Ładny interfejs aplikacji (półki z książkami podobne do znajdującego się w AppStore programu Classics) nie wystarczy. Oferta ograniczona do kilku amerykańskich wydawnictw, sprzedaż w momencie premiery jedynie na terytorium USA i model zamknięty na podobieństwo Amazona nie zachęcają czytelników. Standardem będzie format ePub (o jak dobrze), ale zabezpieczany po swojemu czyli za pomocą systemu FairPlay (o jak niedobrze).

Skąd więc to całe zamieszanie? Dlaczego iBookstore, a nie któryś z innych powstających systemów sprzedaży (chociażby Skiff)? Wydawcy wiedzą więcej niż czytelnicy. Nie wiedzą wszystkiego, ale wystarczająco dużo, żeby uznać iBookstore za przeciwwagę dla Amazona. Być może dowiedzieli się, że jeśli chcą, by ich książki były czytane na iPadzie, muszą je umieścić w iBookstore, bo inne aplikacje zostaną usunięte. Być może znają takie szczegóły ekspansji e-księgarskiego ekosystemu Apple, które pozwalają im zlekceważyć wszystkie krytyczne uwagi pod adresem iPada. Przecież sam fakt, że Steve Jobs zwrócił się w kierunku książek nie wystarczy. Podobnie jak nie wystarczy sukces iTunes.

Biorąc pod uwagę poruszenie wśród wydawnictw w Stanach oraz reakcję Amazona (zgodził się na warunki Macmillana) można sądzić, że książkowa aplikacja iPada to coś znacznie poważniejszego, niż komukolwiek mogłoby się wydawać.

Dygresja: jeżeli chodzi o książki, to dla mnie iPad jest w 10% tak dobry jak iBooks, a w 90% tak dobry jak aplikacje z AppStore do ich ściągania i czytania. Dlatego nie chciałbym, żeby rozwój tego pierwszego odbywał się kosztem tych drugich.

PS. Wczoraj pojawiła się nowa wersja Stanzy – 2.1. W opisie czytamy: Removed the ability to share books via USB as required by Apple. Oby to nie był zły znak.

Jeśli podobał ci się artykuł, prosiłbym o kliknięcie w przycisk "Lubię to". Zachęcam do subskrypcji wpisów na blogu oraz pobierania darmowej edycji Hasła niepoprawnego. Połączmy się również na Twitterze i Facebooku.

Related Posts with Thumbnails

Comments are closed.

blog comments powered by Disqus