Cool-er jest lepszym wzorem dla eClicto niż Kindle
Wczoraj ruszył oficjalny blog eClicto. Wielu entuzjastów e-booków czekało na ten moment z niecierpliwością. Mimo, że e-księgarnia (a więc sprzedaż) rusza w grudniu, to już sam blog może pomóc zorientować się, w jakim kierunku projekt będzie się rozwijał.
A blog jest cudownie poprawny. Wyważony, spokojny, przemyślany. Gdy tak oglądałem strony, czytałem wpisy, coś mi zaczęło przeszkadzać. Jak to, najbardziej przełomowy projekt na polskim rynku książki, a tu blog o książkach, jak gdyby nigdy nic?
Gdy dowiedziałem się o eClicto i napisałem na ten temat post dla anglojęzycznych czytelników bloga, wywołał on bardzo duże zainteresowanie. Artykuł był cytowany wielokrotnie i do dzisiaj jest jednym z najczęściej odwiedzanych. Dlaczego? Dlatego, że eClicto to jeden z pierwszych takich projektów na świecie. Naprawdę nie ma powodów, by w związku z tym zachowywać się z przesadną skromnością. Powinno czuć się energię i entuzjazm. Ale na blogu póki co tego nie ma. Póki co jest Kindle. Trzeba dodać Cool-era.
Pozycja startowa
Kindle to kolejny krok w rozwoju Amazona, obliczony na przejęcie części rodzącego się rynku książki elektronicznej. Chodziło również o to, żeby nie stracić obecnych klientów, kupujących książki papierowe. No i jest charyzmatyczny szef – Jeff Bezos. Wystarczy, że kichnie, a w CNN będą trąbić, że to zapowiedź nowej usługi. A jak będą trąbić w CNN, to będą trąbić na całym świecie. Pamiętam, jak irytowały mnie artykuły w polskich mediach o nowych wersjach Kindle, podczas gdy pod nosem powstawał rodzimy produkt i jakoś nikt nie kwapił się tym zainteresować.
Z drugiej strony, nawet gdyby kichnięcie nie pozostawiło śladu w mediach, to Bezos ma świetny i sprawdzony środek przekazu – swój sklep. Strona Amazona według Wolfram Alpha ma prawie 300 milionów odsłon dziennie. Wystarczy baner na pierwszej stronie.
Podobną pozycję startową jak Amazon miałby Merlin, gdyby chciał się zainteresować e-bookami. Ale eClicto powstaje zupełnie od nowa. To niezapisana karta, tym razem nie z papieru. Bez żadnych obciążeń w postaci obecnego biznesu, który w jakikolwiek sposób mógłby być kanibalizowany przez nowe przedsięwzięcie. Czyli identycznie jak Cool-er, stworzony od zera przez angielską firmę Interead, wprowadzony na rynek w czerwcu tego roku i obsługujący e-księgarnię Cool-er Books.
Teraz informacja dla niedowiarków: na początku września szef Interead, Neil Jones, poinformował w wywiadzie, że w ciągu trzech miesięcy sprzedanych zostało ponad milion czytników Cool-er.Podejście rynkowe
Kindle jest liderem, bo Amazon jest liderem. Nic nie musi udowadniać, bo Amazon już udowodnił. Wystarczy być.
Dla eClicto “wystarczy być” to za mało. eClicto nie ma twarzy, przyszli czytelnicy nie wiedzą, z czym kojarzyć przedsięwzięcie. Trzeba przyjąć postawę challengera. Tak jak zrobił to Cool-er. Na czym to podejście polegało w jego przypadku? Sprytnie wykorzystać istniejące pozycjonowanie z innej kategorii, z którym większość ludzi ma ewidentne i bardzo pożądane skojarzenia:
Genialnie proste: Cool-er miał stać się iPodem wśród czytników. Żeby było ciekawiej Interead przywłaszczył sobie wartości iPoda bez żadnych oporów - oficjalnie mówi o swoim projekcie “the iPod moment for eReaders”.
Dla mnie przypadek Cool-era jest ciekawy (w porywach zachwycający) z dwóch powodów:
:. Interead wykorzystał lukę. Książce elektronicznej brakowało “seksu” (w sumie można to powiedzieć o książce w ogóle), a Steve Jobs jakoś do e-booków się nie spieszy. W czasie gdy legendarny szef Apple zastanawia się, czy już wypada wycofać się ze swojego słynnego stwierdzenia “ludzie przestają czytać”, inni już na czytaniu zarabiają.
:. Drugie posunięcie jest wręcz mistrzowskie – przenieść całe pozycjonowanie z komunikacji na sam produkt. Mistrzowskie dlatego, że Interead nie miałby tyle pieniędzy na marketing ile ma Apple lub konkurenci z branży. Produkt poniżej. Można porównać z wcześniejszą reklamówką iPodów.

Środki do dyspozycji
Interead podjął decyzję o przeprojektowaniu obudowy EB-600 oraz o wprowadzeniu ośmiu wariantów kolorystycznych. Przyszłe wydatki na marketing zostały przeniesione do fazy rozwoju produktu. Ktoś mądry zadał sobie proste pytanie: czy można z tego zrobić iPoda? Prawda jest taka, że Interead to nie Apple, a Cool-er to nie iPod. Czytnik zebrał chłodne recenzje (dwie z nich tutaj). Można powiedzieć, że przeróbka się nie udała: przyciski są drewniane, nawigacja uciążliwa. Ale z drugiej strony – milion czytników w trzy miesiące za sam wygląd?
Oczywiście wcale nie uważam, że Kolporter powinien inwestować w przeróbkę urządzenia. Wiemy już jak wygląda. Nawet niewielka ingerencja, jaką jest element graficzny z powiększonego logo, jest wystarczająco charakterystyczny. Ale to, co Cool-er zrobił na etapie komunikacji z Netronixem, eClicto będzie musiało zrobić na etapie komunikacji z czytelnikiem.
Grupa docelowa
Bardzo chciałbym się mylić, ale wydaje mi się, że blog (cały projekt?) kierowany jest pod grupę “kindlową”, a nie “coolerową”. W dużym uproszczeniu nazwałbym te dwie różne grupy docelowe w taki sposób:
Kindle: ludzie, którzy czytają dużo książek, ale nie e-booki.
Coole-r: ludzie, którzy dużo czytają, ale nie książki.
Jeżeli chodzi o Kindle to jest różnica między USA a Polską. Jeśli chodzi o rynek amerykański, to można śmiało powiedzieć: czytają dużo książek, ale jeszcze nie e-booki. Stopień nasycenia przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego elektroniką jest dużo większy niż w Polsce, podobnie jeśli chodzi o otwartość wobec nowości. Natomiast z własnego doświadczenia o polskich czytelnikach z grupy Kindle mógłbym powiedzieć tak: dużo czytają, ale broń Boże nie e-booki.
Z kolei młodzi ludzie, zakręceni na punkcie Internetu (główne źródło wiedzy) i technologii, łatwo przyjmujący nowe trendy i mody (lub wręcz je tworzący) mogliby wokół eClicto stworzyć dużo pozytywnego entuzjazmu i wrzawy. Już sam fakt, że w Polsce do tej pory czytnikami interesowali się głównie ludzie technologii, a nie ludzie kultury, o czymś świadczy.
Otwartość
System zamknięty, jaki stosuje Amazon w sprzedaży swoich książek elektronicznych coraz gorzej sobie radzi z konkurencją. A konkurencja korzysta z zasobów zewnętrznych po to, żeby zwiększyć atrakcyjność oferty. Chodzi o nic innego jak o włączanie do oferty darmowych książek z Google Books. Najpierw zrobił tak Sony, potem, we wrześniu, Cool-er, teraz to samo zapowiada Barnes&Noble przy okazji premiery Nooka. W efekcie dochodzi do sytuacji, w której Amazon oferuje 350 tysięcy e-booków, a Cool-er milion, z czego większość to darmowe książki z domeny publicznej pochodzące z zasobów Google.
Co więcej, Cool-er umieszcza na swojej stronie wyszukiwarkę Google, dlatego darmowe książki ściągać można bez wychodzenia ze sklepu. I znowu – podejście nie mającego nic do stracenia challengera zdaje się doskonale sprawdzać. Marzyłoby mi się, żeby eClicto miał podobne podejście. Wiadomo, że z Google łatwo nie będzie, bo jest to czołowy antagonista polskich wydawców i pisarzy. Co więcej polskich książek z domeny publicznej w formacie ePub są śladowe ilości. Ale już partnerstwo z serwisem wolnelektury.pl, którego zasoby mają być wkrótce dostępne w ePubie znacznie zwiększyłoby popularność e-księgarni, a więc ruch na stronie. Czytelnicy nie są głupi. Jeśli można ściągnąć Mickiewicza za darmo, a co więcej legalnie, to dlaczego miałoby się go kupować?
Nie wiem, ile książek będzie w ofercie eClicto w momencie startu e-księgarni, ale wolne zasoby znacznie zwiększyłyby szerokość oferty – a więc i jej atrakcyjność.
Wyszła z tego obszerna analiza, a początkowo miał być to krótki wpis o tym, że eClicto powinno być bardziej cool. Na koniec jedno zdanie, zanim zacznę dopisywać drugą połowę przemyśleń:
Pingback: Dziękujemy za życzenia i opinie - eClicto