Stuletnia promocja książkowa – do 2109 roku

Dzisiaj po obiedzie rozpocząłem nową promocję książkową – ustawiam wysyłanie wpisów na Twitterze z odnośnikiem do książki Hasło niepoprawne (zrzut powyżej). Jeden mały szczegół – na 100 lat z góry. Mógłbym oczywiście zaplanować takie wpisy do końca sierpnia, ale nie miałoby to waloru deklaracji twórczej, a tak ma. Ustawiłem na razie dwadzieścia wpisów, od 2109 wstecz – do 2089 roku. Tak mi łatwiej, bo z każdym poprzednim rokiem praca nasiąka sensem w ilościach śladowych.
Dlaczego to robię:
Technologia na to pozwala :. Tak, pozwala, przynajmniej teoretycznie. Są już aplikacje okołotwitterowe, które umożliwiają ustawiać wysyłanie wpisów w określonym czasie w przyszłości. Ja korzystam z Hootsuite. Nie krzyczał na 2109, to już nie będzie. Warto zaznaczyć, że zaplanowanie swojej, również pośmiertnej, przyszłości zabiera kilkadziesiąt minut i może to zrobić każdy, bez korzystania z wanny z formaliną hibernacyjną.
Uwaga: od paru godzin mam przerwę, bo Twitter zadławił się atakiem DDoS, co tylko dodaje tej stuletniej promocji surrealistycznego posmaku o lekko groteskowej końcówce.
Bez sensu, ale logiczne :. Każdy się zastanawia (w 99% pukając się przy tym w część ciała odpowiedzialną za myślenie), na ile to co robię ma sens. Skoro jest technologiczna możliwość, to dlaczego ma nie mieć. Nie wiadomo tylko, co będzie działo się z Twitterem, Feedbookiem, Hootsuite, bit.ly i z formatami plików w np. 2058 roku – lub po ataku takim jak dziś. Trzeba przyjąć jakieś założenie. Ja przyjmuję to optymistyczne – że byt internetowy jest ciągły, to znaczy moje konto, jeśli go sam nie zlikwiduję, będzie dalej czynne. Dlaczego miałoby być inaczej. Prawdopodobieństwo, że mój wpis z 2099 roku zostanie opublikowany, jest porównywalne z otwarciem w tym samym roku skrzynki depozytowej w banku szwajcarskim. A przy tym nic nie kosztuje (helou!)
Głowę otwiera i to jak :. Lubię tekst “fikcja nie istnieje, ale ma sens, a absurd na odwrót”. Gdyby to ktoś opisał w opowiadaniu sci-fi, nie miałoby takiej wymowy. Ale ja to robię naprawdę. Te wpisy wysyłane w świat co roku (pewnie w pierwszych latach częściej), są intrygujące – bo realne a nie fikcyjne. I świetnie oddają rodzaj literatury jaką uprawiam: nie uciekać od rzeczywistości, tylko ją opisywać. Tak więc działa na moją wyobraźnię prawdopodobieństwo faktu, że wpis z 2047 roku (będę miał wtedy żehoho lat) zostanie dostrzeżony przez kogoś szczerze znudzonego literaturą poststeampunkową, zacznie czytać takiego na przykład Mr Kopipejsta i sprawi mu to stuprocentową frajdę, a wtedy jego babka wyciągnie stary, zakurzony czytnik e-booków i pokaże wszystkie moje książki wydane między majem a wrześniem 2013 roku.
Głowę otwiera też taka prosta myśl, że po tych kilkudziesięciu minutach mogę powiedzieć sobie cicho – zrobiłeś wszystko mój drogi, żeby po tobie coś zostało na serwerach. I to jest bardzo miłe uczucie.
Zauważony po śmierci :. Jak 99% pisarzy, mam wszelkie szanse zostać zauważonym dopiero po śmierci. No chyba, że ktoś dopatrzy się w tech-absurdzie czegoś, czego nawet ja nie jestem w stanie teraz zobaczyć. Czasy zmieniły się jednak na tyle, że nie trzeba już liczyć na żonę brata (jak w przypadku van Gogha), a wystarczy zająć się swoją promocją po śmierci na tyle pokoleń wprzód, na ile ma się ochotę.
Twitter jeszcze jęczy, Hootsuite się nie wzbudził. Nic to, te 80 lat to się wrzuci przed śniadaniem.
-
http://blog.nowy-swiat.pl nowyswiat
-
Rafal