Czy Rzepa kręci literaturą

Wczorajszy artykuł w “Rzeczpospolitej”, Czy Google rządzi literaturą, autorstwa Pauliny Wilk to lektura mocno zniechęcająca. Z kilku powodów:

Rola jaką przypisuje sobie gazeta

Jest to rola inkwizytora broniącego przed szatanem, jakim jest Google. Przestrzega z ambony polskich pisarzy i czytelników przed potajemnym zagarnięciem naszego dorobku kulturowego. Dziwne podejście.
Nagłe polskie objawienie Google Book Search, związane z jedną konferencją prasową w Warszawie na początku roku wcale nie spowoduje, że Google zacznie z prędkością światła skanować wszystkie polskie książki, żeby na nich jak najszybciej zarobić, pozbawiając polskich autorów (lub, co pewniejsze – ich wydawców) prawa do godziwej zapłaty. Czasu jest wystarczająco dużo, by odpowiednio zareagować, więc nie ma co wpadać w panikę, a taką chce “Rzeczpospolita” wywołać. Nie wiem tylko po co.

Wizerunek polskich pisarzy

Gdyby wierzyć gazecie, wybitni pisarze polscy nie mieli żadnej świadomości, że grabiony jest ich majątek intelektualny (zresztą na razie nie jest). Dopiero kaganek niesiony przez wiodący polski tytuł prasowy oświecił elitę intelektualną naszego kraju, która w takim świetle wychodzi na niedouczoną gromadkę emerytów w gęstej środkowoeuropejskiej mgle. Bzdura.
Informacje o programie Google Book Search były publikowane w Polsce już w 2007 roku (przykład). Każdy, kto był zainteresowany prędzej czy później zetknął się z tematem ugody Google z wydawcami. Jeśli miał ochotę, to przystąpił do programu. Może więc po prostu do tej pory pytani przez “Rz” pisarze nie byli tematem zainteresowani.

Wpływ na czytelników

To jest najbardziej przykre – wpływ jest jednoznacznie odstraszający. Skoro pisarze powinni być oburzeni, to uczciwi czytelnicy w odruchu solidarności powinni trzymać się od wyszukiwarki książek z daleka. Wielka szkoda. Wolny dostęp może zwiększyć zainteresowanie literaturą, więc raczej powinniśmy się wszyscy z tego cieszyć i wspierać takie inicjatywy. Tymczasem polskich książek w Google Book Search jest jak na lekarstwo. Jednocześnie środowiska opiniotwórcze biją na alarm. Polacy przestają czytać! – wołają. Zamiast Polakom pomóc, sami nic nie robią.

W podsumowaniu artykułu czytamy:

Czyżewski podkreśla, że sprawa nie dotyczy jedynie świata literackiego – może zaważyć na przyszłości kulturowego dziedzictwa ludzkości: – Dziwi mnie brak poruszenia w innych środowiskach twórczych. Przecież Google zajmuje się rozpowszechnianiem różnych treści, a taka ugoda to wręcz matryca, którą wkrótce będzie można zastosować wobec dzieł muzycznych czy filmowych.

Brzmi to jak wezwanie do ogólnonarodowego bojkotu Google.

Jako twórca miałbym dużo do powiedzenia na temat tej firmy – to moja główna muza i jednocześnie główny antagonista. Mam do Google stosunek ambiwalentny. Z jednej strony korzystam, z drugiej się boję. Rzecz w tym, aby przyjmować dobrodziejstwa, będąc świadomym ich konsekwencji. Żyjemy w czasach goognologii, więc nasza narodowa literatura nie uniknie cyfryzacji made in Google. Lepiej jest więc się w to włączyć z otwartą głową. Zamiast wywoływać oburzenie, lepiej wywołać zainteresowanie. A ludzie i tak zrobią to, co uważają za słuszne.

PS.
Gdyby oceniać stan polskiej literatury na podstawie naszej reprezentacji w największej bibliotece cyfrowej świata, to niestety się nie liczymy. Czy o to chodzi “Rzeczpospolitej”?

Poniżej informacja prasowa z 6 czerwca 2008, o przystąpieniu mojego wydawnictwa do Google Book Search:
Indigo pierwszym polskim wydawnictwem, udostępniającym całą ofertę przez Google Books
Wydawnictwo Indigo, promujące literaturę absurdu czasów Internetu udostępnia swoim czytelnikom całą swoją ofertę przez system Google Book Search. Jest to pierwsze wydawnictwo z Polski, które w konsekwentny sposób wiąże swoją obecność w sieci z będącą obecnie w fazie wdrażania i testowania platformą książkową Google.
Najważniejszą korzyścią dla czytelników jest możliwość błyskawicznego zapoznania się z treścią książek, które są skanowane przez Google i umieszczane na szybkich serwerach. W przypadku mało znanych wydawnictw i autorów ma to olbrzymie znaczenie, bo pozwala na szybkie wyrobienie sobie przez czytelnika opinii o książce i podjęcie decyzji o zakupie. Jak podkreśla Piotr Kowalczyk z wydawnictwa Indigo: „małe niszowe wydawnictwa, takie jak nasze, mają nie tylko możliwość bezpłatnej promocji swojej oferty w Internecie, ale korzystają z funkcji, których nie byłyby w stanie bez ponoszenia dużych kosztów zaoferować w ramach swoich stron internetowych”.
Indigo udostępnia do przeglądania 30 procent zawartości książek, co w przypadku dopasowanej do czasów Internetu krótkiej formy pozwala na przeczytanie kilku skończonych utworów literackich (opowiadanie, skecz, humoreska, itd.). Pracuje również nad anglojęzycznymi wydaniami swoich książek (wybór opowiadań absurdalnych N. Podpisanego), co pozwoli – dzięki Google Book Search – dotrzeć do miłośników absurdu na całym świecie.
      Ads
Tags: , , ,
  • k.czyzewski

    Szanowny Panie,

    skoro nawiązuje Pan do mojej wypowiedzi, poczułem się wywołany do tablicy.

    Absolutnie nie chodzi mi o bojkot Google – to przeciwieństwo tego co chcę osiągnąć i jak sądzę co chciała osiągnąć Rzepa. Uważam, że bojkot – czy też ignorowanie ugody – to najgorsze co może spotkać autora i wydawcę.

    Chodzi jedynie o to by zainteresowani zajrzeli do ugody – ona jest dla nich! – i zaczęli zarządzać swoimi prawami.

    To inna moje wypowiedź z artykułu Rzepy, której już Pan nie przywołał:

    “Najgorszym wyjściem jest niepodjęcie kroków, bo wtedy, zgodnie z amerykańskim prawem, większość polskich autorów i wydawców zostanie automatycznie objęta ugodą, nie czerpiąc z niej korzyści. Lepiej wpisać się do rejestru i świadomie zarządzać prawami do książek”.

    pozdrawiam,
    krzysztof czyżewski

  • k.czyzewski

    Szanowny Panie,

    skoro nawiązuje Pan do mojej wypowiedzi, poczułem się wywołany do tablicy.

    Absolutnie nie chodzi mi o bojkot Google – to przeciwieństwo tego co chcę osiągnąć i jak sądzę co chciała osiągnąć Rzepa. Uważam, że bojkot – czy też ignorowanie ugody – to najgorsze co może spotkać autora i wydawcę.

    Chodzi jedynie o to by zainteresowani zajrzeli do ugody – ona jest dla nich! – i zaczęli zarządzać swoimi prawami.

    To inna moje wypowiedź z artykułu Rzepy, której już Pan nie przywołał:

    “Najgorszym wyjściem jest niepodjęcie kroków, bo wtedy, zgodnie z amerykańskim prawem, większość polskich autorów i wydawców zostanie automatycznie objęta ugodą, nie czerpiąc z niej korzyści. Lepiej wpisać się do rejestru i świadomie zarządzać prawami do książek”.

    pozdrawiam,
    krzysztof czyżewski