Podejrzani ci sponsorzy, to fakt
Gdy wydawałem pierwszą książkę, Człowieka zwanego Biurkiem, doszedłem do wniosku, że nie ma możliwości znalezienia żadnego poważnego sponsora dla publikacji małego wydawnictwa, zalatującej absurdem, o dziwacznym tytule, podejrzanie niskiej cenie i niezidentyfikowanym autorze, podpadającym pod opracowanie zbiorowe.
Z czwartej strony, książka bez serii logotypów, właśnie na czwartej stronie okładki, jakoś mało przekonuje, skoro nikt jej nie chciał wziąć pod opiekę mediową, finansową i każdą inną. Stąd przekorny pomysł, by sponsorów sobie dorobić, tak, jak większość ludzi dorabia sobie życiorysy.
Po dwóch latach, gdy patrzę na te sponsorskie wybryki, to widzę w nich wzrastającą wartość muzealną – no nikt poważny by sobie tak nie drwił, więc o coś musi chodzić w pewnym sensie, nieprawdaż. Ale to w końcu część mojego sposobu na przedarcie się do świadomości zbiorowej: gość sobie igra z wydawniczymi świętościami i źle na tym wychodzi. Sponsorzy są przecież mocno podejrzani, a nawet, jak ktoś się nie zorientuje, to uzna, że przynajmniej mało znani. Nie to co Pudelek.
Przyznaję się w chwili słabości, że faktycznie źle na tych sponsorach wychodzę, ale jak mi się zdaje – na razie. “Kiełbzbysz” może potwierdzić.



Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

