Wydrukuj książkę w 5 (słownie: pięć) minut!

Na Międzynarodowych Targach Książki, które odbywały się w Londynie 16-18 kwietnia, zostało zaprezentowane ciekawe urządzenie – Espresso Book Machine. Przez niektórych nazywana bankomatem do książek. Określenie bardzo trafne, skoro za pomocą książkomatu można wydrukować (swoją) książkę w kilka minut. Dobrze oddaje to film:

Maszyna jest bez wątpienia fascynująca. Jako osoba, która ma ambiwalentny stosunek do technologii, nie biorę oczywiście pod uwagę funkcjonowania EBM. Pewnie za parę dni się i tak się popsuje. Chodzi mi o sytuację, w jakiej stawia wszystkich tych, którzy marzą o wydaniu książki.

W Australii przeprowadzono badania, z których wynika, że 80% obywateli marzy o tym, by napisać i wydać książkę. Z podobnymi badaniami w Polsce się nie spotkałem, ale podejrzewam, że marzenie o napisaniu książki chodzi po głowie bardzo wielu ludziom. Wiadomo, książka jest uosobieniem i pewnego rodzaju demonstracją wartości intelektualnej autora. Ale też książka idealnie spełnia potrzebę pozostawienia po sobie czegoś więcej niż grawerunku na płycie nagrobkowej. W moim przypadku fakt pisania miał również olbrzymią wartość terapeutyczną.

Wielu z potencjalnych autorów i pisarzy satysfakcjonuje się samą myślą o tym, że zdolni są książkę napisać. Część z nich zadowala się wymyśleniem tematu. Spora grupa traktuje przygodę z książką jako rodzaj dobrego bajeru – nieźle byłoby popisać się przed kolegami z pracy, że już się napisało trzy rozdziały. Niektórzy, znam takich, potrafią o swojej nienarodzonej książce opowiadać soczyście raz na tydzień od samego momentu, gdy myśl o własnym przedmiocie w twardej oprawie omiotła neurony. Pozostały czas spędzają na występowaniu w roli krytyka literackiego, odnoszącego się głównie do dokonań tych osób z najbliższego otoczenia, które podobnym działaniem się zajęły – i na nieszczęście udało się im zabrnąć dalej, na przykład do czwartego rozdziału.

A potem jest jeszcze gorzej, można by powiedzieć. Brak czasu winny jest temu, że nie można zabrać się do przerobienia punktu kulminacyjnego. Przez żonę nie da się wydrukować egzemplarza promocyjnego. Skarpetki nie do pary tego poranka, kiedy miało się wysyłać maile do wydawnictw spowodowały, że człowiek był zmuszony oddać się WoW. A wydawnictwa? To za duże, to za małe. Tu odpowiedzieli dopiero po dwóch dniach, a tam nie zaoferowali zaliczki w wysokości 80% honorarium. A w ogóle, to dlaczego niby miałbym im wysyłać całą książkę, przecież to jest M O J A książka. Niech podpiszą umowę, to wyślę. Że co, że terminy jakie? Pół roku? Pół roku mam niby czekać, aż jakieś marne wydawnictwo wyda moją książkę? W życiu! Że przepraszam co? E-book? A co to jest e-book? A, nie dziękuję. W życiu, w życiu, w życiu! Gdzie niby miałbym złożyć swój autograf, ćwiczony od 1993?

Najciekawsze jest to, że spora część tych myśli biega po głowach ludzi, którzy nawet nie zabrali się za pisanie. “Okoliczności niezależne ode mnie”, powiedzieliby ci, którzy nawet nie spróbowali się z nimi zmierzyć. Piękna wymówka. A książka, lub co bardziej prawdopodobne, parę myśli z nią związanych, lądują w dolnej szufladzie komody stojącej w kącie piwnicy czołem do ściany – jeśli taka szuflada, taka komoda, taka piwnica i taka ściana w ogóle istnieją.

I tu wpada z tragarzami Espresso Book Machine i mówi – nie pół roku, tylko pięć minut. Dawaj tę książkę, bo mi się spieszy.

Gdzie ta szuflada, bo nie ma wyjścia – trzeba pisać!

Przeczytaj także:
Blackwell’s unveils Espresso Book Machine – any title printed while you wait Artykuł w guardian.co.uk

Related Posts with Thumbnails

Comments are closed.

blog comments powered by Disqus