Mashable: 6 miejsc, gdzie wydasz książkę drukiem
Wczoraj na łamach Mashable, Shevonne Polastre opublikowała listę 6 najpopularniejszych serwisów dla samodzielnych wydawców (self-publishers). Chodzi o serwisy internetowe, w których autorzy mogą sami wydać swoją książkę. Jedyne, co muszą mieć, to jej treść. Usługi te dotyczą wydania książek drukiem. Ktoś mógłby spytać, skąd raptem u mnie takie zainteresowanie książką papierową, skoro w co drugim wpisie próbuję udowadniać, że jest to przestarzała forma lektury.
Otóż dlatego, że na świecie dosyć prężnie rozwija się rynek self-publishers, czyli autorów, pisarzy, twórców, którzy przejmują w swoje ręce wydanie książek, a nie biernie czekają na telefon z Dużego Wydawnictwa. Mike Elgan w swoim artykule z Computerworld wróży szybki rozwój rynku samodzielnych wydawców, choć głównie ma na myśli książki elektroniczne. Wiadomo jak z nimi jest w Polsce – źle. Natomiast nie brakuje pisarzy, którzy są na tyle zdeterminowani, i co ważniejsze – utalentowani – by starać się wszelkimi sposobami wydać książkę i w ten sposób promować swoją twórczość.
Dla mnie, pisarza który wcisnął się w ultraniszę, czyli absurd o odcieniu terapeutycznym, jest to też kolejna z możliwości, jakie daje otwarcie się twórcy na świat, a nie próba ścigania wyłącznie polskich czytelników. W tym kontekście, mimo, że chodzi o książkę drukowaną, to sposób jej wydania jest dla mnie sztandarową metodą pracy pisarzy 2.0 – wchodzę na stronę, wprowadzam treść, ustalam cenę – i książka gotowa. Pisarze 2.0 to ludzie, którzy szukają możliwości, a nie biernie czekają. Jeśli możliwości te są za granicą, to dlaczego z nich nie skorzystać. No chyba, że ktoś nie chce płacić kartą, albo otrzymywać wpłat na konto w walucie zagranicznej.
Link do artykułu znajduje się tutaj, a poniżej wspomnianych 6 wirtualnych wydawców:




Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at


autorzy niemający pojęcia o składzie, szarości kolumny, zawieszkach, pracowitym liczeniu właściwej interlinii, pragnący po prostu wydać swoje wypociny, dostają do ręki narzędzie, które pozwala je im “poskładać”.
to porównywalne z edytorami www wysiwyg – straszne psucie rynku. przypomnijcie sobie wesoły internet wczesnych lat 90. i co z niego zostało.
zostawcie _składanie_ książek ludziom, którzy mają o tym pojęcie.
nie jestem przeciw ebookom, wręcz przeciwnie, ale skład elektroniczny wcale się tak bardzo od składu tradycyjnego nie różni, większość zasad jest taka sama. czy Pan, Panie Niżej Podpisany, zna te zasady? bo my je studiujemy latami.
W pytaniu jest sugestia, że nie znam. Skoro sugeruję takie miejsca, gdzie skład odbywa się z automatu, to oczywiście nie mogę znać. I odpowiadam: nie znam. A jeszcze szczerzej odpowiadam: nie studiuję ich latami. A już ostatecznie szczerzej odpowiadam: bo już wcale nie muszę.
Proszę sobie ściągnąć jakąkolwiek książkę z serwisu Feedbooks.com, złożoną w budzącym obrzydzenie automacie, skrypcie, a już na pewno nie przez człowieka. Oczywiście są pomyłki, nie jest to idealne – czyli na poziomie 50% książek składanych w Polsce przez ludzi, którzy powinni się na tym znać.
Rozumiem obawy o swoją pracę i źródło dochodu. Ja stoję po drugiej stronie.
Chyba nie sądzi Pan, że poczyniłam taki komentarz, nie zapoznawszy się wcześniej z materiałem… Serce mnie tylko boli, jak na to patrzę. Boli mnie nie mniej, niż wtedy, kiedy przeglądam polskie wydania fantastyki czy inną amatorszczyznę i tak samo odrzuca mnie od tych ludzi, którzy książki starają się złożyć w Wordzie, jak i od tych pożal się Boże automatów.
Skład angielski, ze względu na brak diakrytyków (poza wyrazami zapożyczonymi, ale nie wchodźmy w szczegóły), proste zasady dzielenia wyrazów, inną częstotliwość występowania wydłużeń górnych i dolnych i różne inne cechy charakterystyczne dla tego języka, skład taki być może nadaje się do automatyzowania, jednak ewentualne wlanie tekstu polskiego nieprzystosowany do tego języka automat musi zakończyć się katastrofą.
Źródło dochodu, źródłem dochodu; ja jestem przede wszystkich bibliofilem.
Nie sądziłem, że nie zapoznała się Pani wcześniej z materiałem, ale teraz, po uwadze “jednak ewentualne wlanie tekstu polskiego nieprzystosowany do tego języka automat musi zakończyć się katastrofą”, to sam już nie wiem. Polskie książki w Feedbooks nie są katastrofą.
Czasy, w których automaty nie radziły sobie z polskimi znakami już dawno minęły. Bezpowrotnie.
och, Pan zapewne zrozumiał, że kiedy pisałam o diakrytykach, miałam na myśli ewentualne problemy z ich wyświetlaniem. Nie, proszę Pana, chodziło mi raczej o fakt, że wielość występujących w języku polskim ogonków i znaków zmiękczenia oraz innych wymaga na przykład innego przeliczania interlinii, dla wygody czytelnika oczywiście. Nie jest chyba w intencji autora (nie mówimy teraz o tzw. książce artystycznej) zmęczyć czytelnika samą formą? Angielski/amerykański skrypt takich uwarunkowań już pewnie nie uwzględni.
Typograficznie – polskie książki w Feedbooks.com są katastrofą, niestety. Proszę spojrzeć na swoją własną: http://www.feedbooks.com/book/3126, którą teraz przeglądam. Od zawieszek się roi już na pierwszej stronie, piąta rozpoczyna się od niepoprawnego dzielenia wyrazów (en-igmatyczną, ek-stremalnych; koniec szóstej strony i “mi-ał” (!)), siódma strona wita nas klasycznym bękartem, zwanym w niektórych kręgach wdową… Proszę mi nie wmawiać, że to nie jest psucie rynku – wypuszczanie takich publikacji.
Katastrofą są też niestety polskie książki w księgarniach. Chyba nie zaprzeczy Pani, że od błędów w składzie roi się w co drugiej książce. Czy wypuszczanie takich publikacji nie jest psuciem rynku? Od tego bym zaczął dyskusję. Dla mnie jest – z tą różnicą, że w porównaniu z Feedbooks – na dużo większą skalę.
Do czasu, gdy ludzie odpowiedzialni za utrzymywanie jakości na rynku przestaną robić błędy, automat będzie ich także robił dużo mniej. Z tym, że od człowieka można i trzeba wymagać więcej.
Nie jest moim celem przekonanie Pana, że wszystkie książki papierowe złożone są wzorowo, zaś wszystkie ebooki z definicji muszą być pełne błędów, nie, bynajmniej. Straszną byłoby to z mojej strony ignorancją oczywiście ;-)
Jednak nie jest tak, że każdy autor, który chce wydać swoją książkę drukiem może ją złożyć, pójść do wydawnictwa, wydrukować w dużym nakładzie, położyć w księgarni i mieć rzesze czytelników – a wszystko to za darmo. Można oczywiście wydać każdy chłam i niemało tego chłamu jest na półkach, ale ten argument stosuje się w taki sam sposób do ebooków.
A internetowe automaty do “składu” dają taką właśnie możliwość produkowania publikacji każdemu grafomanowi, który sobie książkę sam automatem “złoży”, a potem będzie rozpowszechniał w nieskończonej liczbie egzemplarzy. Czyż bowiem nie jest tak, że każdy ebook może być ściągnięty nieskończoną ilość razy? Która więc skala jest większa? (tak, tu puszczam oko do Pana, wszak nie jest to całkiem poważne potraktowanie tematu, jednak zmusza do myślenia)
Tak samo jestem przeciwna złym ebookom, jak i złym książkom papierowym, ani przez chwilę nie twierdziłam inaczej, jednak propagowanie takich narzędzi jest jak rozsyłanie InDesigna i kieszonkowego offsetu za darmo. Kto nie umie składać, niech nie składa, that’s all I’m saying.
Prowadzę tego bloga dlatego, że uważam, że dużo jest pisarzy, którzy mają wielki talent, ale nie mają szczęścia do wydawnictw. Książki nielicznych trafiają do księgarń. O nielicznych z tych nielicznych można powiedzieć, że są Książkami.
Uważam, że pisarz, który decyduje się na wydanie własnej książki, poświęca temu serce i umysł w stopniu nieporównywalnie większym niż grafik w dużym wydawnictwie, który poświęca jej jedynie umysł i to do poziomu uzasadniającego wysokość zarobków. W jednym i w drugim przypadku nie da się uniknąć błędów.
Pani jest typowym erudytą – chciałaby Pani, żeby ludzie czytali więcej mądrych książek. Ja nie jestem erudytą – ja bym tylko chciał, żeby ludzie po prostu czytali więcej książek:)