Smashwords – publikuj książki i zarabiaj na nich

Smashwords to oferta dla autorów chcących samodzielnie publikować swoje książki

Tytuł brzmi jak propozycja dla akwizytorów dwunastotomowej encyklopedii kotleta schabowego, ale nie – jest to wiadomość dla pisarzy 2.0, takich jak ja, którzy wciąż poszukują sposobów na zaistnienie, bo z Dużego Wydawnictwa napisali trzy lata temu “jest to automatyczna odpowiedź” i na tym się skończyło. Informację o Smashwords podesłała mi Joanna Penn, australijska pisarka, z którą koresponduję na Twitterze (@thecreativepenn). Smashwords to serwis, będący połączeniem wirtualnego wydawcy i księgarni internetowej, przeznaczony dla self-publishers, czyli autorów zdecydowanych wydawać książki samodzielnie, a nie za pomocą automatycznych maili z Dużego Wydawnictwa. Mówiąc książka, mam na myśli e-książka, więc jak ktoś pomyśli “e-tam”, to niech dalej nie czyta.

W najbliższym czasie postaram się opublikować w Smashwords Password Incorrect. Być może opiszę krok po kroku, jak zabrać się do publikacji – podobnie jak było to w przypadku Feedbooks. Smashwords ma nad Feedbooks tę przewagę, że książki można sprzedawać, a nie tylko udostępniać za darmo (co jak rozumiem skutecznie zraziło pisarzy z Polski do poprzedniej inicjatywy). Autor może ustalić cenę książki – i zacząć zarabiać na jej sprzedawaniu. Ja pewnie wybiorę opcję “zapłać co łaska”, jeśli nie będzie można wybrać “ściągnij za darmo”. Skoro w Feedbooks jest za darmo, to w każdym innym miejscu też tak powinno być.

W co bardziej dociekliwym umyśle pojawia się znak zapytania i ingeruje w powiązania międzysynapsyczne: co pan Podpisany z tego ma, że się bawi w zwiadowcę, który w krótkich spodenkach biega po świecie i organizuje Polakom z twórczymi aspiracjami możliwości publikacji? Odpowiem tak: nie wiem dokładnie. I chyba nie będę wiedział nawet wtedy, gdy wnuczki zaczną wyprowadzać mnie na spacer, a pierwsi autorzy z Polski będą na serio publikować w Smashwords.

Może chcę być tym pierwszym, co dostaje po łbie, a potem ląduje w rowie, żeby ustąpić miejsca wypoczętemu peletonowi, próbując prosto z rowu przeczołgać się do książki 1000 najwybitniejszych polskich pisarzy pierwszego kwartału 2009. Może nie mam dzisiaj co robić, a nie umiem czytać. A może to pasja.

Przeczytaj również:

The Creative Penn Writing, Self-Publishing, Print-on-Demand, Internet Sales and Marketing…for your book

Related Posts with Thumbnails

Comments and Reactions: View Comments

Comments enhanced by BackType Connect reactions from Twitter, FriendFeed, Digg, Reddit and Hacker News.

  • telemach says:

    Poszukiwanie sposobów na zaistnienie budzi moją zgrozę i osłupienie. Implikuje bowiem, że autor zakłada, iż nie istnieje. Zapewniam Cię: istniejesz. Jeśli trapią Cię jednak wątpliwości spróbuj nie zapłacić jednego rachunku za energię elektryczną.

  • telemach says:

    Drogi autorze, gdybyś podobnie jak ja, kiedyś przypadkiem był świadkiem czegoś równie obscenicznego jak Frankfurckie Targi Książki (a ufam, że zostało Ci to oszczędzone) – to zastanowiłbyś się zapewne nad sensem chwilowego zaistnienia w świadomości odczesnych i przyszłych czytelników.
    Zyjemy w zatrważających czasach, w których wytwór działów marketingowych przemysłu wydawniczego (zwany czasem jeszcze książką) ma krótszy okres połowiczego rozpadu niż większość pierwiastków z końca Tablicy Mendelejewa. Na liście bestsellerów jest z reguły 20 miejsc i są one w większości zarezerwowane dla towaru nie zaś myśli. Jednocześnie według skromnych obliczeń w samym tylko obszarze niemieckojęzycznym, każdego miesiąca ukazuje się 18.000 tytułów. Czyni 216.000 rocznie. Tytułów, nie nakładu. Rzuconych na rynek, nie zaś sprzedanych. I mówimy tu jedynie o siódmym bądź śsmym co do wielkości rynku wydawniczym.

    W tej sytuacji pragnienie zaistnienia w świadomości czytelników ma podobną szansę realizacji co trafienie przez kometę. Adeptom literatury polecam grę w toto-lotka lub ubieganie się o główną rolę w hollywoodzkiej produkcji. Szanse zdecydowanie większe.

    Pozdrawiam

  • podpisany says:

    Telemachu, to co piszesz, jest faktycznie dosyć zniechęcające. Jako adept literatury, pewnie w przeciwieństwie do Ciebie, nie mam wyjścia. Toto-lotka nie znoszę, bo nigdy nie miałem szczęścia. Hollywood mi nie grozi. Zostają komety.

  • telemach says:

    Nie załamuj się. Pisanie nie jest najgorszym nałogiem, a chęć zaistnienia w świadomości innych nie jest grzechem ani przestępstwem. Można mieć dużo frajdy jeśli uda się połączyć z jakimś uczciwym zawodem jak np. stroiciel fortepianów, kowal albo pasterz.
    Każdy ma wyjście, nawet literacki aspirant – inna sprawa czy nam się to wyjście podoba.
    Np. zostać krytykiem lub wydawcą – i żyć z aspiracji oraz nadzieji innych ;-)

  • telemach says:

    I to mi się naprawdę szalenie podoba. Wbrew pozorom nie w tym nuty sarkazmu. O ironii już nie wspomnę. jest to dobre nastawienie. Dla świata – w jeśli świata to nie zainteresuje – z pewnością dla Ciebie.

    Powodzenia
    Pozdrawiam
    T.

  • podpisany says:

    Dziękuję serdecznie i pukam się w niemalowane czoło (“nie zapeszyć” po mojemu:-)

  • podpisany says:

    telemach, mimo, że istniejesz, nigdy bym się o tym nie dowiedział, gdyby nie twój komentarz. I o to mi właśnie chodzi – książka, która spoczywa na dysku komputera nie istnieje. Podobnie jak jej autor. Moją zgrozę i osłupienie budzi to, jak wielu mamy pisarzy, którzy nic nie robią, albo robią bardzo mało, aby zaistnieć w świadomości swoich przyszłych czytelników .

  • podpisany says:

    Telemachu, każdy by się załamał, ale nie ja. W tym się specjalizuję – robię rzeczy, które myślącym racjonalnie ludziom wydają się bez sensu. Wolę być jednym z kilkudziesięciu tysięcy pisarzy rocznie, którzy wydają książki, by w końcu przekonać się, że są miernymi twórcami, niż jednym z milionów ludzi, żyjących w przekonaniu, że byliby wielkimi pisarzami, ale im się nie chce.

blog comments powered by Disqus