Język porozumienia światowego [opowiadanie]
Kolejne opowiadanie w ramach projektu Google-translated fiction. Poniżej oryginał, wersja 2Google-translated jest tutaj, a wersja 4Google-translated – tutaj.
Język porozumienia światowego
Profesor Jeremi Przyrobacki z Polski i profesor Philippe Delaroussexemount la Rousse von Mount z Lotafrancji poznali się na I Międzynarodowym Zjeździe Profesorów w Vodafos, poświęconym roli profesora we współczesnym zinstytucjonalizowanym, zdehumanizowanym, zminiaturyzowanym i zmiękkoresetowanym świecie.
Przyrobacki natknął się na la Rousse’a w hallu głównym centrum kongresowego, wybudowanego specjalnie na potrzeby zjazdu. Obaj poczuli, że może to być początek długiej i owocnej międzynarodowej znajomości naukowej. Był tylko jeden niewielki problem natury właściwie ludzkiej – Przyrobacki nie znał lotafrancuskiego, von Mount nie znał polskiego i ani jeden, ani drugi nie znał angielskiego.
Ale od czego są na świecie profesorowie.
Postanowili, posługując się uwspółcześnionym i twórczo uzupełnianym językiem migowym, stworzyć nowy język, by mogli nim się swobodnie posługiwać w, jak przeczuwali, intensywnej i długotrwałej wymianie poglądów naukowych.
Decyzja zapadła i już na zjeździe powstały słowa kluczowe.
– Gyna bodokalunia! – krzyknął profesor-Polak do profesora-Lotafrancuza na pożegnanie.
– Gyna bodokalunia, karnuk kilmadorni esdar! – odpowiedział Lotafrancuz energicznie, a przyglądający się tej scenie profesorowie z Chin domyślili się, że chodzi o nicki do gry Future Reverse Combat Online i zaczęli klaskać.
Profesorowie rozjechali się do domów w poczuciu, że tworzą historię.
Już dwa miesiące później spotkali się na sesję roboczą w górach Clezmeronu, gdzie mieli zająć się podstawami gramatyki i słowotwórstwa. Przez pierwsze dwa dni poświęcone swobodnemu rozruszaniu szarawych komórek było więcej niż dobrze. W trakcie procesu twórczego, moderowanego przez la Rousse’a według opatentowanej metody 4-192,5-3, powstały najczęściej używane w każdym języku słowa, czyli wulgaryzmy – tu brzmiące „regrod”, „hurcia”, „larnogha” oraz „dygil”. Dnia trzeciego doszły jednak do głosu ambicje każdego z profesorów – własne, patriotyczne i naukowe – a także walka o względy będącej do ich dyspozycji polskojęzyczno-lotafrancuskojęzycznej, wymownie jasnowłosej asystentki z uniwersytetu w Laronnie.
W efekcie, po miesięcznym pobycie, ustalone zostały jedynie podstawy gramatyki i nazwa języka. Po polsku miał się on nazywać, ku czci twórców, „przyrolaruskim”. Słowotwórstwo, o które toczyły się między dwoma wybitnymi talentami największe boje, miało być na spokojnie dyskutowane na kolejnej trzymiesięcznej sesji nad Morzem Tralmara sponsorowanej przez wiodących operatorów sieci komórkowych obu krajów. Przyrobacki i la Rousse zgodzili się, że tym razem asystentka powinna być wymownie ciemnowłosa.
Kolejne spotkanie robocze było porażką. Prace posuwały się bardzo wolno, a ciemnowłosa asystentka dodatkowo rozpraszała ich uwagę wymownie nieistniejącym stanikiem. Obaj doszli wkrótce do przekonania, że tworzenie języka nie jest czynnością łatwą, i jeśli operatorzy komórkowi nie będą mieli nic przeciwko temu, tworzenie fundamentów przyrolaruskiego zajmie im kilka, a może i kilkanaście lat.
Potem były jeszcze cztery sesje robocze i częste telekonferencje, w czasie których, po długich negocjacjach ustalono, że słowotwórstwo nowego języka będzie w 37 procentach wykorzystywać reguły języka polskiego, a w 63 – lotafrancuskiego.
Po dziewięciu latach, na uroczystej konferencji prasowej, profesorowie ogłosili swoje postępy w tworzeniu nowego języka – języka porozumienia światowego – i na tej deklaracji ich zapał się skończył.
Przyrobacki wrócił z konferencji późno, pochłonięty już w całości teorią frakcyjnej budowy cząstek antyrdzenia komórkowego, którą to teorią zaraził go spotkany przypadkowo profesor z tej samej uczelni. Wnuczka Teorysia wybiegła przywitać się z dziadkiem:
– Pyla jagudja, dziadziusieńku!
– Pyla jagudja! A co ty jeszcze nie śpisz?
– Nie mogę sobie przypomnieć, jak jest po przyrolarusku „zgasić światło”.
– Och, serdeńko, dziadziuś jeszcze tego nie wymyślił.
Teoria na chwilę zmarszczyła czoło:
– Dziadku? – powiedziała wolno.
– Oho, to będzie jedno z tych inteligentnych pytań mojej wnusi. Wyczuwam to od razu. Pytaj Teorysiu, ale dziadzio nie wie, czy będzie w stanie odpowiedzieć!
– Dziadku, powiedz… a dlaczego wy postanowiliście wymyślić ten język? Jak to się stało?
– Ha, ha, ha! Moja krew, moja dociekliwość!
– No, jak?
– A nic, dziadziuś nie wiedział jak trafić do toalety. No idź spać, Teorysiu! Moja krew, moja…