Chcemy, by nam kit wciskano
Właśnie ukazała się w Polsce, nakładem Czuły Barbarzyńca Press (nawet nie wiem jak odmieniać, ale to nawet lepiej, trochę mi się humor poprawił) książka O wciskaniu kitu Harry’ego G. Frankfurta, profesora emeritusa Uniwersytetu Princetown. Wyczerpująco pisał o niej Max Fuzowski w Newsweeku. Książki nie czytałem, jest za droga, ale myślę, że można przyjąć założenie, że autor chce nam powiedzieć jedno: ludzie, nie dajcie sobie wciskać kitu!
Ale dlaczego ja o tym piszę? Przecież nie umieszczę jej w bibliotece, gdyż trudno ją zakwalifikować do literatury absurdu, nawet po wykazaniu, że książka która ma przekonać do pewnej specyficznej, by nie rzec radykalnej teorii i która tę teorię na wszelkie sposoby uzasadnia, sama jest wciskaniem kitu (= absurd). Otóż piszę dlatego, że poważnym udziałowcem (kto wie, może nawet większościowym) mojej twórczości jest potrzeba wykazania, że dajemy sobie wciskać kit na każdym kroku i co gorsza nawet sobie nie zdajemy z tego sprawy.
Moimi bohaterami są postacie być może wzorowane na znanych osobach, a być może wcale nie, ale raczej tak, biorąc pod uwagę fakty i kontekst, chociaż pewnie nie, biorąc pod uwagę inne fakty i ten sam kontekst. Przedmioty i miejsca, czasem ewidentnie wymyślone, czasem raczej nieprawdziwe, a czasem do końca nie wiadomo, ale nie chce się sprawdzać – służą wykazaniu, że jesteśmy atakowani ogromną liczbą informacji, których nie jesteśmy w stanie sami zweryfikować. Skoro tak, to musimy przyjąć założenie: że to co odbieramy jest albo prawdą albo fałszem. W przypadku beletrystyki sprawa powinna być oczywista: istnieje umowa między czytelnikiem a twórcą, że wszystko jest fikcją literacką i jako taką należy ją przyjmować, czyli z dystansem.
I tu pojawia się problem.
Zdążyłem przyzwyczaić się do reakcji zawierających wyrażenia: “bzdury”, “farmazony”, “nonsens”. Czytelnicy odbierają opowiadania tak, jakby oglądali w wiadomościach kolejne absurdy w wykonaniu naszych polityków. Nie wyczuwają intencji, by za pomocą fikcyjnych faktów obśmiać te prawdziwe i nabrać do nich dystansu. A faktów, czy też pseudofaktów, w mojej prozie dużo. Cała intensywność narratorska bierze się z ich nagromadzenia typowego dla języka mediów, a nie języka literatury. Czasem, po śniadaniu, nazywam to, co tworzę “fikcją konkretu”. Prawda jest taka, że zawartość prawdy w fikcji konkretu jest porównywalna do zawartości prawdy na pierwszych stronach gazet, choćby takiego, że kawa powoduje raka i drugiego takiego, że kawa chroni przed rakiem. Swoją twórczością mówię więc, może nie tak bezpośrednio jak profesor emeritus: wciskają nam kit. Tylko że przy okazji, za pomocą ironii, chcę powiedzieć, żeby ludzie nie reagowali na ten kit złością i agresją, ale nabrali trochę dystansu.
I tu wraca problem.
Czytelnicy tego nie kupują, nie kupują konwencji. Jeśli dołożyć do tego odbiór okładek książek, które są personalizacją myśli o wciskaniu kitu, to tworzy mi się opinia na użytek prywatny, że ludzie wolą, by im wciskano kit, a już na pewno nie chcą go rozszyfrowywać.
O co chodzi z okładkami. Na czwartej stronie, każdy szanujący się wydawca podaje informacje o każdym szanującym się pisarzu i o każdym szanującym się sponsorze. I ja tak zrobiłem w każdej z czterech wydanych książek. Z tą pewną różnicą, że sposnorami są tak poważne instytucje jak: Ministerstwo Zakrętu Historycznego, YouMute, Kiełb-Zbysz, Kawęparzył All-in-One, Absurd ProTools i inne podobnie wdzięczne. Co więcej, by intencje moje już z okładki szeroko szczerzyły się do (potencjalnego) czytelnika, napisałem najbardziej absurdalne notki biograficzne, na jakie mnie było stać – by pokazać, że w odsłonie autobiograficznej wielu z pisarzy również wciska kit.
W każdej z notek dysponuję różnym wiekiem: od 8 do 89,99 lat. I co? Jest zrozumienie? Raczej na pewno zdecydowanie poniekąd nie. Jak do tego doszedłem? W prosty sposób. Wykorzystałem instytucję brata ciotecznego, który wprowadził notki w postaci komentarzy do książek w księgarni internetowej Lideria.pl. Po liczbie opinii negatywnych i pozytywnych można wywnioskować, że jest pewna narzucająca się relacja między wiekiem a opinią:
wiek: 8 – zgadzam się: 10 – nie zgadzam się – 21 »więcej
wiek: 37,5 – zgadzam się: 15 – nie zgadzam się – 6 »więcej
wiek: 89,99 – zgadzam się: 18 – nie zgadzam się – 8 »więcej
Wynika z tego podsumowania jeden fakt, nie wiem czy zbity, czy nie: że ludzie chcą widzieć w autorze kogoś poważnego. Im więcej lat, tym więcej opinii pozytywnych. Ludzie chcą wierzyć, że to co czytają jest prawdą. I w związku z tym można powiedzieć, że moja twórczość dokopała się kolejnego poziomu absurdu. Pragnę przy tym zwrócić uwagę, że podsumowanie powyższe jest typowym przykładem wciskania kitu, gdyż w Lideria.pl są duplikaty moich książek (jak to zwykle bywa, gdy mamy do czynienia z pozycjami, które nie są istotne, więc zamawia się z różnych źródeł), gdzie również są notki biograficzne, ale podział opinii nie pasowałby do postawienia powyższej tezy.
W podsumowaniu (na które mógłbym pozwolić sobe ja, ale na pewno nie Harry G. Frankfurt): po co się męczyć, nie lepiej od razu zrobić z siebie profesora emeritusa? No tak, tylko że wtedy gdy pisałem notki, nie wpadłbym na pomysł, że coś takiego w ogóle może istnieć.



Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

