Zataiłbym okładki, ale nie ma jak
Nie lubię tych okładek. Wszystkich czterech. Można więc śmiało powiedzieć, że jeżeli chodzi o zawartość Polaka w Polaku, to jestem Polakiem podwójnym, lub też anty-Polakiem – zależnie od luźno pojmowanej interpretacji. O co chodzi? Chodzi o to, że nie narzekam na wszystkich wokół siebie wokół plus brat cioteczny tam za lasem. Narzekam na siebie samego. Sam te okładki sfabrykowałem.
Nie powstałyby, gdyby nie wielka historia, która za nimi stoi, która to historia zaimponowała mi na tyle, że się nią zachłysnąłem jak wiadomoco wiadomoczym.
Wielka niewiadomojaka historia
W czasach to było leżących. Opowiadania zacząłem pisać pooperacyjnie w łóżku na dwa do czterech dni po dwutygodniowej przygodzie z Kaczem Norrisem. Z norrisowych rysunków został mi patent. Mianowicie, gdy leżałem w łóżku na lewym boku, otwarty laptop opierał się swoją lewą krawędzią o łóżko, moja prawa ręka uniesiona w powietrze sterydem przeciwbólowym miała wystarczająco dużo swobody i wystarczająco dużą amplitudę drgań, bym był w stanie wykorzystać trackpad MacBooka jako tablet. Paluchem po trackpadzie smarowałem kreski i wychodził z tego Kacz Norris, więc dlaczego nie przeciągnąć tego na okładkę? Po napisaniu parunastu opowiadań miałem już wielką potrzebę zmaterializowania swojego marzenia o książce. Rzuciłem się na Photoshopa okładkę malować. Zajęło to parę nocnych godzin i nie było żadnym poświęceniem, gdyż w nocy, po wspomnianych sterydach przeciwbólowych, spać w ogóle się nie dało, a tym bardziej nie dało się oglądać MTV Cribbs (one wszystkie, te gwiazdy, mają takie same domy).
Tak powstała pierwsza okładka – do Człowieka zwanego Biurkiem. Wtedy jeszcze nie mogłem ocenić swoich możliwości literackich i zapału na tyle, żeby przewidzieć, że wyjdą z tego jeszcze trzy tomy opowiadań. W swojej małostkowej pedantyczności przewidziałem jedynie, że gdyby coś takiego wydarzyło się w przyszłości, to da się rozwinąć również w materii okładnej.
Dlaczego wtedy uważałem, że jest dobrze
Uznałem okładkę za dobrą z paru względów.
Po 121-sze: była w moim przekonaniu obietnicą lektury lekkiej i łatwo przyswajalnej, może satyrycznej, może humorystycznej. Powinna wywoływać skojarzenia z rysownikami, złotymi myślami i skeczami. Takie postawiłem sobie zadanie i w efekcie zapętliło się to na photoshopowym malunku, z którego byłem więcej niż zadowolony. A jak wymyśliłem do tego malunku nazwę “utajone malarstwo photoshopowe”, to sam się wprosiłem na okładkowe niewolnictwo umysłowe i nie wyprosiłem się aż do Rosołu a priori.
Po 122-gie: po przejrzeniu okładek polskich książek doszedłem do wniosku, że wszystkie one są burawe, sztampowe i udające lepszą literaturę niż to, co w środku faktycznie można znaleźć. Chciałem czegoś bardziej wyrazistego i szczerego – jak jest literatura popularna, to nie ma co ciałować i udawać Joyce’a.
Po 123-cie: zależało mi, żeby książka chwyciła swoją przystępnością. Wydawało mi się, że absurd jest jak najbardziej popularnym nurtem literackim. Wychowałem się w czasach, gdy wszyscy czytali Viana. Chciałem też, żeby książka nie była droga i na drogą nie wyglądała. Z dwojga prądów bardziej liczyłem na uznanie prądu czytelniczego niż recenzenckiego.
Dlaczego teraz uważam, że jest źle
Z tych samych względów.
Po 321-sze: lektura lekka, przyjemna, humorystyczna. A co to takiego? No i jest problem dla kanałów dystrybucji. Nie wiadomo, gdzie wrzucić. Jak się wrzuci do kategorii „humor” razem z Masztalskim i absurdami szkolnymi, to może i byłoby dobrze, ale tu napisane, że opowiadania, więc do literatury polskiej się wrzuci i będzie lepiej, tym bardziej że nie wiadomo, kto napisał (o potyczkach z Niżejem Podpisanym można przeczytać tutaj). Tak mogła wyglądać droga Człowieka zwanego Biurkiem na półkę księgarską. Od razu zaznaczam: jedną półkę w kraju, no może dwie. Okładka wprowadziła zamieszanie i wątpliwości, co w zestawieniu z autorem, który chyba sobie kpi (dziwna notka) spowodowało podejrzliwość u księgarzy.
Po 322-gie: w końcu, przez podtytuł „opowiadania ćwierćabsurdalne” książka trafiła do doborowej kategorii „polska literatura piękna”. Nie ma się co dziwić, że nikt z czytelników nie widział tu lektury dla siebie, bo przecież szukał tytułów, które udawały polską literacką lepszość. Sztampowość, której tak w innych okładkach nie lubię, pozwala skojarzyć książkę z odpowiednim gatunkiem literackim. W moim przypadku było to strzelanie z ckm-u, ślepakami i nie w tą stronę, co trzeba.
Po 333-cie: wszechgłupotą było uznawać, że absurd to rzecz przystępna. Jeszcze większym absurdem było sądzić, że czytelnicy zainteresują się książką przystępną cenowo. Teraz wiem, że skrzywienie jest w drugą stronę. Im książka bardziej okazała, tym pobieżna ocena przy księgarskiej półce wypada bardziej pomyślnie. A jak coś takie lekkie, infantylne, a już na pewno nie dla koneserów książki, to niech i sobie kosztuje złotych polskich trzy a i tak nie kupię.
Teraz najchętniej zaiatłbym okładki przed potencjalnymi czytelnikami, co jest niemożliwe, bo jednocześnie nie chciałbym zataić samych książek. Udało się to przy okazji ostatniej wysyłki do recenzentów, więc mam nadzieję,… ale nie uda się do czytelników, nie uda się, no i daj sobie spokój.



Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

