Nienormales [opowiadanie]
Spośród tych dwóch setek opowiadań, które napisałem przed pierwszym większym blokiem twórczym, właśnie Nienormales najbardziej oddaje moje zdziwaczenie, jeśli chodzi o postrzeganie normalności. Uważam, że normalności nie należy się wstydzić, chociaż w naszych czasach będzie to coraz trudniejsze. Pewnie już niedługo bohater opowieści Kudupiego, z którym mocno się utożsamiam (z bohaterem, nie z Kudupim), wcale nie będzie uważany za dziwaka, ale za zwykłego dewianta. Uważam też, że w związku z wymową opowiadanie poniższe raczej będzie niepopulares.
Nienormales
– On jest normalnie nienormalny! – powiedział Clarisse (imię w dowodzie: Paweł), przegryzając niezidentyfikowany przekąskowy jednoelementowy owoc morza.
– Kto taki? – spytał Jonofi (imię w dowodzie: Jan).
– Ten Robert. Dacie wiarę, że on w życiu nie ciągnął amnesy?
– No nie. Gościu nieźle trącony. Skąd ty go znasz? – zainteresował się Onardo (imię w dowodzie: Leon).
– Pracujemy na nieszczęście razem, on na akcjach, a ja na funduszach. Gościu się przyznał, że w szkółce próbował kryśkę. I tyle.
– Z kim ty się zadajesz, Clarissette? – żachnął się Onardo.
– Wyrazy współczucia – odezwał się Jonofi i pociągnął dla wprawy trochę amnesy z deski serowo-narkotykowej.
A Kudupi (imię w dowodzie: Kudupi) siedział, palił plimonę i nic nie mówił. On już taki był – kulminację chciał zachować dla siebie.
Zamówili po drinku Just Another Reason to Get Hard Drugs (whisky z lodem). Wieczór w restauracji Stop Deviation zapowiadał się gorąco.
– Ale wiecie, ten to jeszcze nic. Ostatnio poznałem faceta na imprezce u Santiagolasa – powiedział Jonofi.
– Santiagolasa? Co u niego? – spytali Clarisse i Onardo.
– Normalnie, spalił brykę i daje chłysta z Lorą na Drojedach. Ale nie o nim, tylko o takim jednym katastrańcu Jacku. Pozuje na normalesa, prztycior jeden.
– Jak? – spytał Kudupi i wszyscy zwrócili na to uwagę.
– Kudu, co się stało, że się odezwałeś? – zagadnął Clarissesetto.
– Chwilowy brak zaczepienia myśli – syknął cicho Kudupi, pociągnął chryninę i popił drinkiem. – No jak?
– Jak? No więc ten Jacek, on chodzi i mówi, że ma tylko jedną kobietę.
– No nie!
– Daruj.
– Ale tak, mówię wam, i jeszcze rozpowiada, kto jest tą kobietą…
– No tego to słuchał nie będę. Nie kończ… – żachnął się Onardo, bo lubił od czasu do czasu się żachnąć.
– Ale wiecie!
– Wiemy, wiemy. Nie psuj nam wieczoru, Jonofi. Dzieci już mają? – spytał podchwytliwie Kudupi.
– O nie, nie bawię się! Miałem nie kończyć, a ty tak naprawdę zakończyłeś, Kudu, nie bawię się, nie tak miało być, twoje zawsze musi być na fallusie!
– Tak czy inaczej ohydne. Jak tacy ludzie mają odwagę chodzić po ulicach? Nie wiem.
– Tacy to kukuś – zaczął Kudupi i już wszyscy wiedzieli, że teraz będzie bomba.
– Tylko uważaj z kalibrem odchyłu, bo przed chwilą zjadłem tęponosa w gargulasach – zaśmiał się Clarissesettessimo. Wszyscy lubili opowieści Kudupiego. Zawsze były najbardziej soczyste i łamały tabu.
– No i co, no i co, Kudu?! Mów, jak zacząłeś! – niecierpliwił się Jonofi.
– Dziomas nazywa się Michał i jest takim świrem, jakiego nigdy w życiu nie spotkałem – Kudu cedził słowa powoli i namaszczeniem, jak „szcz” w słowie „namaszczeniem”. Punkt kulminacyjny zbliżał się nieuchronnie i grupa siedząca przy stoliku obok też zamieniła się w słuch w oczekiwaniu na gorszącą opowieść patologiczną.
– ? – patrzył Jonofi.
– ?? – patrzył Clarissesesettisimoprimo.
– ?! – próbował wymusić szybką odpowiedź Onardo, wspierany wzrokiem koszącym z sąsiedniego stolika.
– Wiecie, o której ten patolo jada śniadania? – zaczął budować napięcie Kudupi, ciągnąc ostatnią dawkę tatymaminy. – O ósmej rano!
Dwa stoliki nie mogły się pozbierać z wrażenia przez równoczas trzech średnich desek serowo-narkotykowych. Dopiero orkiestra tresowanych pracowników ogrodu zoologicznego rozładowała atmosferę pełną niesmaku, wynikającego z patologii życia w dużym mieście.
.



(2 votes, average: 3.50 out of 5)
Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at 


