Nowy projekt: Google-translated fiction
Rozwijając swój angielski blog, zastanawiałem się, jak sprawić, by to, co piszę docierało do anglojęzycznych miłośników absurdu bez tego niemiłego zakrzywienia kącików ust, mówiącego “coś u niego z angielskim jest nie tak”. Co prawda piszę już absurdalne tweety w ramach anglojęzycznej wersji Pamiętnika młodego pierdoły, ale teksty te są na szczęście zabójczo krótkie, więc zanim zdążę dojść do wniosku, że mój angielski jest beznadziejny, już parę absurdałów w twitterium się wznosi. Twitter właśnie dał mi do myślenia o tyle, że wpadłem na pomysł Google-translated fiction (GT fiction). Każdy wie, że po wrzuceniu na automat typu Google Translator, wychodzi z tego nonsens. I to jest właśnie to, co lubię.
Na czym polega Google-translated fiction?
Wykorzystuje tłumacza Google zamiast człowieka. Mimo, że tłumacz jest w fazie testowej, to jednak już teraz można trafić na wiele stron internetowych tworzonych na zasadzie automatycznego tłumaczenia na inne języki. Pisałem już o tym wcześniej. Automatyczny tłumacz, pan Google wrzuca ci zawartość na stronę, a ty zbierasz pieniądze z reklam dla pana Google. Podejrzewam, że takie szybkie, robocze tłumaczenia szybko rozprzestrzenią się w necie, bo będą spełniały swoją podstawową rolę: rozpoznać o czym jest oryginalny tekst w języku, którego się nie zna. W większości przypadków to wystarcza i ludzie będą akceptować tłumaczeniową siermiężność. W końcu nie chodzi na tym świecie tylko i wyłącznie o styl, ale o dostęp do wiedzy, a tę Google Translator Beta zapewnia na bardzo przyzwoitym poziomie.
Ponieważ od dawna intryguje mnie absurd, nazwijmy go słowotwórczy (choćby polimeryki dla ŚNPS, czy też krótkie wiadomości blogowe), pan Google mnie zainspirował o tyle, że tworzy dodatkowy poziom absurdu, wynikający z niczym nieskalanego automatycznego tłumaczenia. Skoro może to być propozycja dla anglojęzycznych czytelników, to nie widzę powodu, żeby nie była dla polskich.
Pierwszy projekt
Na pierwszy rzut wezmę opowiadanie, które w swojej treści jest o rzeczy podobnej – o generowanych automatycznie SMS-ach z życzeniami z kilku przypadkowo dobranych słów. Opowiadanie nazywa się Życzenia szpadel naj.
Poniżej przedstawię dwie wersje tego opowiadania: oryginał oraz to, co zostało stworzone przez pana Google w tłumaczeniu polski-angielski i z powrotem angielski-polski (czyli 2Google-translated). Jak znam siebie i życie, to ktoś już na taki pomysł literacki wpadł (jeszcze nic o tym nie ma w Internecie), albo co gorsza, wpadnie w marcu 2011 i od razu będzie uznany za prekursora tego prądu w literaturze. A mi zostanie delektowanie się faktem, że zrobiłem to w fazie Beta.
Oryginał
Życzenia szpadel naj
Sławek Przekośniak dostał na wiligię SMS z życzeniami: “Zycze yo dobry ping fajno nowy”. Nie wiedział, kto wysłał mu tę zadziwiająco enigmatyczną wiadomość. Nie wie do dziś, a szkoda – tej właśnie osobie zawdzięcza swój obecny status i miejsce na liście pierwszych 67 najbogatszych Polaków.
Wtedy, w piękny biało-rdzawy wigilijny wieczór, Przekośniak, parę dni wcześniej wyrzucony z portalu dla utopijnych fanatyków fobii ekstremalnych (www.ilovefobia.pl), wpadł na pewien pomysł.
Był to niezły pomysł, a następny SMS (”Wszystkiego a bryka niechcacy tylko szczerego baranek”) utwierdził go w przekonaniu, że był to pomysł życia. » czytaj dalej
2Google-translated
Najlepsze życzenia łopata
Sławek Przekośniak trafił do wiligię SMS życzenia: “Ja życzę dobrej ping fajno nowego. Nie wiem, który Go posłał ten zaskakująco tajemniczych wiadomości. Nie wiem na ten dzień, a szkoda – że osoba zawdzięcza swój obecny status i pierwsza na listę 67 najbogatszych Polaków.
Następnie, w pięknej białej i reneta wigilijny wieczór, Przekośniak, kilka dni wcześniej wyrzucony z terenu dla fanatyków utopijnych skrajne fobie (www.ilovefobia.pl), wszedł na koncepcji.
To był dobry pomysł, a następne wiadomości tekstowej ( “Happy dwukółka przypadkowo tylko szczere baranka”) utwierdził go w przekonaniu, że był to pomysł na życie. » czytaj dalej
Pierwsze wrażenia
Tu będę wpisywał swoje spostrzeżenia i wnioski o tym tak interesującym (przynajmniej mnie) przedsięwzięciu.
[21.01.2009]
Automat dał sobie świetnie radę z bezsensownym tekstem: Zycze yo dobry ping fajno nowy. 2Google-translated: Ja życzę dobrej ping fajno nowego. Tekst oryginalny miał być szczytem nonsensu słownego, a automat wyprostował nie tylko brak polskich znaków diaktrytycznych w słowie “życzę”, ale również próbował odmieniać przez przypadki! Podobnie jest z tytułem. Nie dość, że zmieniona jest składnia, to jeszcze słowo “naj” zastąpione zostało przez “najlepsze”. W ten sposób z tytułu, w którym trzy słowa nie miały sensu, powstał tytuł w którym dwa słowa mają sens.
Uwielbiam frazę: w pięknej białej i reneta wigilijny wieczór. Nigdy nie wpadłbym na coś równie niebezpiecznie rozbrajającego swoim brakiem wyczucia. W pięknej białej i reneta wigilijny wieczór. W pięknej białej i reneta wigilijny wieczór. I skąd ta “reneta”. Że niby “rdzawy”?
[04.02.2009]
Sypie się składnia, deklinacja i koniugacja. Tekst po automatycznej obróbce literacko-translatorskiej brzmi jak nowomowa dwujęzycznego Polaka, który jeszcze nie nauczył się dobrze mówić po angielsku, a już zaczyna źle mówić po polsku. Smutne to spostrzeżenie. W końcu Google Translate to raczkujący, wywołujący zażenowanie zestaw skryptów, a radzi sobie w fazie testowej nieraz lepiej niż niejeden człowiek.
Drugie spostrzeżenie: Google Translate usuwa tyle z pierwotnego znaczenia, ile tracimy w zabawie w głuchy telefon. Z tą różnicą, że zabawa dwukrotnie powtórzona da identyczny efekt w przypadku GT, a pewnie zupełnie inny w przypadku ludzi. Też smutne. Tym bardziej, jeśli dołączy się do tego myśl, że Google Translate jest stworzony do tego, by starać się zrozumieć, w przeciwieństwie do ludzi, którzy wcale nie chcą słuchać…


Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at 


