Klamra krytyka – cz. 1
Opublikowałem cztery książki i zamknąłem cykl Opowiadań ćwierćabsurdalnych, które sprzedają się źle, bo hurtownie nie są zainteresowane autorem, o którym nikt nie słyszał, a o którym wiedzą mgliście, że jakiś absurd i że nie wiadomo, co podpisane tu, a tego, a tam. Doszedłem więc do wniosku, że na zakończenie tego etapu działalności twórczej, zanim wrócę do agencji, np. ochrony, wyślę pakiet do krytyków literackich. Będzie to druga wysyłka do krytyków w moim krótkim życiu pisarza absurdysty. Napiszę o niej szerzej już za parę dni, bo właśnie przygotowuję papier i nożyczki. Teraz chciałbym opisać wysyłkę pierwszą, czyli pierwszą fazę zakładania sobie “klamry krytyka”.

Wtedy, pod koniec 2006 roku, gdy wydrukowana została moja pierwsza książka, Człowiek zwany Biurkiem, nie było nas (mnie i mojego jedynego wydawnictwa) stać na wieczór autorski z zakąskami, a tym bardziej gorącymi. Pozostało przyjąć założenie typowe dla ludzi, którzy mogą grać jedynie rolę petenta, bo żadna inna rola nie byłaby dobrze przyjęta przez ludzi, którzy muszą grać rolę urzędnika, skoro za to im płacą. Jako petenci w kolejce do znanych krytyków literackich zakładaliśmy, że jak książka jest dobra, to się spodoba, a jak nie, to nie. By sobie dopomóc, wymyśliłem, żeby książkę wysłać w takiej postaci, by już na wstępie sprzedać absurdalność relacji autor-petent – krytyk-urzędnik. Pakiet przyjął więc formę “ćwierćabsurdalnie zwykłej teczki wiązanej białej”.
W teczce znajdował się również bardzo szczery list, w którym opisywałem, jak doszło do napisania książki i co pchnęło mnie w stronę literatury. Chciałem, by list był prawdziwy i szczery na tyle, by wyrwać się z tonu oficjalnego pakietu promocyjnego, bo nie byłoby to w ogóle zauważone przez kogoś, kto takich pakietów, pewnie bardziej okazałych i od wydawnictw bardziej zażyłych, dostawał po kilka dziennie.
Moja historia była prosta. Tak prosta, jak może być prosta historia człowieka, który pracował w reklamie: zacząłem pisać opowiadania w łóżku, po operacji, bo z tej pozycji łatwiej dostrzec absurdy życia codziennego, zwłaszcza, gdy jest się później wyrzuconym z pracy, co tylko wzmocniło mój instynkt samoabsurdalny.
Liczyłem na jedną notkę “przy okazji” w internetowym wydaniu któregoś z tygodników opinii. Zawiodłem się. Nie było żadnej. Nie liczyłem na żadną odpowiedź od krytyka. I też się zawiodłem. Otrzymałem jednego maila. Zastanawiałem się, czy go teraz opublikować i doszedłem do wniosku, że autor pozostanie anonimowy, więc nie ma przeciwwskazań. Wielką zaletą takiej publikacji, dla ludzi takich jak ja, może być jej działanie na zasadzie szczepionki. Ten mail pokazuje, czego można spodziewać się od krytyka z poważnej gazety, więc niech to nie będzie miało wielkiego wpływu na twórcze samopoczucie. A przynajmniej tak wielkiego, jaki miało na mnie. Poczułem się małym, malutkim petentem. Po czymś takim właśnie:
List otwarcie szczery do Autora
Szanowny Panie,
W odpowiedzi na Pański „Ćwierćabsurdalnie szczery list do Recenzenta”, wraz z „Aneksem” i załącznikiem w postaci [...] publikacji pod tytułem „Człowiek zwany biurkiem”, miast nazwiska opatrzonej dziwacznym pseudonimem „Niżej Podpisany”, z przykrością zawiadamiam Pana niniejszym „Listem otwarcie szczerym do Autora”, że choć Pańską książkę przeczytałem i nawet dałem się jej parę razy rozbawić (miejsca mogę wskazać na usilne żądanie), generalnie rzecz biorąc uważam, iż przedstawiony w Pańskich opowiadaniach świat, stanowiąc próbę przedłużenia i spotęgowania występujących w otaczającym nas świecie ćwierć-, pół i wszechabsurdów w celu ich ośmieszenia, wykpienia i w konsekwencji zwalczenia czyni to jednakowoż w stopniu niewystarczającym, nie spełnia, z wyjątkiem paru miejsc wspomnianych wyżej, oczekiwań Recenzenta a zapewne i samego Autora, który, jak sam pisze, po operacji kręgosłupa zmuszony do dłuższego przebywania w pozycji horyzontalnej pragnął „spojrzeć na życie z dużym dystansem i dostrzec w nim nieprawdopodobne pokłady absurdu” (tu doradzałbym lekturę takich autorów, którzy przed Panem zmuszeni byli cierpieć dłuższy czas w unieruchomieniu, jak Leo Lipski czy Aleksander Wat), dostrzegłszy zaś poczuł w sobie misję walki z tymże absurdem, słowem publikacja Niżej Podpisanego „Człowiek zwany biurkiem” nie wyczerpując znamion książki z czystym sumieniem godnej polecenia Czytelnikom nie zostanie przeze mnie [...] zrecenzowana.
Z życzeniami rychłej poprawy
Krytyk osiągnął, co zamierzał – już go nie będę dręczył drugą fazą “klamry krytyka”, choć gdzieś w głębi miałbym i ochotę.
Po “liście otwartym szczerym do Autora” rozsyłaliśmy do prasy jedynie samą książkę, owiniętą w folię plastikową z małą nalepką “proszę szybko rozpakować, gdyż bohaterowie się pocą”, ale było tego niewiele, bo nasz wcześniejszy entuzjazm przybrał formę niebezpiecznie depresyjną.
PS. Sformułowanie “klamra krytyka” jest niedobre. Nie precyzuje bowiem, kto komu klamrę zakłada: ja krytykowi, czy krytyk mi. Chodzi oczywiście o to drugie.
Pingback: Klamra krytyka – cz. 2 | Password Incorrect