Woody Allen – Obrona szaleństwa
Opis: Zbiór opowiadań Woody’ego Allena, który odsłania wiele jego artystycznych stron. Allen w swych opowiadaniach m.in. ujawnia nam wielkość człowieczych potrzeb, przygląda się śmierci i podsumowuje zmiany jakie spowodowały w historii ludzkości śmieszne gadżety. Jest tam również inspirująca historia tresury myszy… Wszyscy fani Woody’ego Allena będą się świetnie bawić czytając ten zbiór, a ci, którym nie udzieli się ten radosny nastrój są po prostu szaleni. Jeżeli nie boisz się ataków niepowstrzymanego śmiechu w autobusie, pociągu lub jakimkolwiek innym miejscu, w którym cię dopadnie, weź do ręki książkę Woody’ego Allena.
Źródło: ksiazki.wp.pl
Komentarz: Obrona szaleństwa to książka jednocześnie nowa i stara. Składają się na nią teksty publikowane już wcześniej w Polsce w zbiorach Wyrównać rachunki, Bez piór i Skutki uboczne. Mimo, że Allen jest odgrzewany, to książka sprzedaje się znakomicie. Mam podstawy sądzić, że działa magnes Woody-pisarz, ale również, a może i przede wszystkim – Woody-filmowiec.
Lektura to dla mnie znakomita, podobnie jak Czysta anarchia. Teksty są krótkie, co lubię i co uważam za przyszłość literatury. Są też ironiczne i złośliwe, co kocham u Allena i jemu podobnych.
Już w pierwszym opowiadaniu zestawia banał z wielkością, pisząc: Wydawnictwo Venal i Synowie opublikowało niedawno pierwszy tom długo oczekiwanych rachunków z pralni Metterlinga. Wydobywa tym absurd pierwszej wody, a mianowicie fakt, że niektórzy wielcy tego świata mogą robić rzeczy banalne i przeciętne, a i tak można na tym zarobić. Allen przegina, by wyśmiać i robi to znakomicie. Z kolei Pamiętnik Szmeeda to rodzaj lektury dla nielicznych, jak podejrzewam. Opowiadanie jest o fikcyjnym fryzjerze, który miał za zadanie wyhodować bokobrody u Hitlera zanim zrobi to Churchill, a mógł do tego zaangażować całą machinę wojenną Niemiec. I znowu powtórzę jak mantrę – absurd jest. Lubię w opowiadaniu tę jasną myśl, że im ktoś ma większą władzę, tym bardziej zajmuje się sprawami nieistotnymi. Jest jeszcze coś: skoro od samego początku opowiadania czuje się dystans i ironię, to lektura taka nie ma prawa wciągać jak pisana a’la szczerze powieść romantyczna. Skąd więc czerpać przyjemność, skoro nie można wczuć się w bohaterów i śledzić ich losów? Są czytelnicy, a wśród nich i ja, którzy odczuwają łaskotanie innego rodzaju – że mają możliwość pośmiania się z rzeczy poważnych i postaci ponurych. Sam taką prozę uprawiam, z różnym skutkiem, ale konsekwentnie.
Muszę się przyznać, że widzę pewną zastanawiającą zbieżność pomysłu Allena z opowiadania Biuletyn wiosenny (wykaz zagadnień semestralnych uczelni wyższych – oczywiście obliczony na ich obśmianie) z tym co zrobiłem dla ŚNPS, czyli Uniwersytetem im. D. Billa. Czytałem wcześniej i Bez piór i Skutki uboczne. Bardzo możliwe, że był w nich Biuletyn wiosenny. Mam legendarnie krótką pamięć, więc to coś, co mi zostało, to mechanika dowcipu: sadzić się na profesorską powagę, a będzie śmiesznie. Oczywiście pierwszego majstra nie pamiętałem.
Na koniec zupełnie na serio: jeśli ktoś wyda w Polsce kompilację tekstów z Czystej anarchii i Obrony szaleństwa to też kupię, mimo, że to bez sensu, a może właśnie dlatego.