Archive for December, 2008
Rosół w toalecie
Siedzę sedeśnie
U rodziny
A rosół widzę
Swój on
To biorę się czytać
Ktoś musi
Dzisiaj były trzy wejścia na bloga
Czyli podobnie jak wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia poprzedniego, licząc od dnia następnego. Co by tu napisać, żeby się nie zdołować… Lubię taką kameralność.
Krótka wiadomość blogowa
Tym razem dla p. Sławomira Ch. z Ostrowa Wlkp.
Bruderszaft się merli niechybnie, ale nonsensowne życzenia będą się kulbaczyć tylko wtedy, gdy namiot stanie ze stanzy.
P.
Opowiadania na czas kryzysu
Już w wakacje w swoim daleko posuniętym pesymiźmie spodziewałem się kryzysu ekonomicznego, a co za tym idzie zwolnień z pracy i ludzkich cierpień z tym związanych. Miałem w planach napisanie o tym serii dłuższych opowiadań, ale z tematem nie ruszyłem, a rozchodzi się o niewykonalne zadanie zaklęte w słowie “dłuższych”. Nic więc z tego nie wyszło, ale dzisiaj rano, gdy przygotowywałem córkom śniadanie, oświeciło mnie. Przecież ja swój prywatny kryzys w ciekawej kombinacji choroba-zwolnienie miałem już dwa lata temu i był on jednym z powodów zajęcia się przeze mnie czymś bardziej odpowiedzialnym niż portal satyryczny. Jak zacząłem sobie przypominać, ile napisałem opowiadań w których był wątek zwolnienia z pracy, to się trochę przeraziłem. »»»
Skąd się wzięła “krótka wiadomość blogowa”?
Do tej pory “krótkie wiadomości blogowe” pojawiały się raczej nieoczekiwanie. Są dosyć enigmatyczne i dla większości brzmią jak absurd absurdem absurdu absurdzie.
Nic z tego. To najbardziej przemyślane eksperymentum literackie, jakie przeprowadzam od kilku tygodni. Od razu przyznaję, że nigdy bym nie wpadł na ten pomysł, gdybym nie rozpoczął pisania tego bloga. Nigdy też nie czułbym potrzeby logicznego uzasadnienia tego działania, gdybym nie naczytał się o hipertekstach na Elektroblogu.
A zaczęło się od frazy wpisywanej w wyszukiwarce, dzięki której ktoś wchodził na mój blog. Fraza pojawiała się przez trzy dni z rzędu i za każdym razem kierowała do mnie. »»»
“Przekrój” się znierozmaicił
Po raz pierwszy od roku kupiłem “Przekrój”. Podobnie jak poprzednio, wyłuskałem z portfela na czas świąteczny nie tylko na “Newsweeka”, ale również na dwa inne tygodniki opinii. Starym zwyczajem rzuciłem się na ostatnią stronę – do “Rozmaitości”. Mój umysł nie przyjął faktu, że jakiś czas temu, jakiś sprawny marketingowo dyrektor przekrojowy, przeniósł “Rozmaitości” na stronę przedostatnią, by ciągnąć zyski z najdroższej w każdym magazynie strony ostatniej. Nawet mi się wtedy jakoś tak bardzo przykro nie zrobiło, a jedynie przykro. Nie były to już te stare, dobre “Rozmaitości” z Filutkiem w roli głównej, od których zaczęła się moja miłość do krótkiej, maksymalnie zróżnicowanej formalnie porcji ironii i mądrości. »»»
Pomysł na opowiadanie
Od czasu Nosa nr 32 odczuwam cykliczną potrzebę napisania opowiadania na podobny temat, czyli o poprawianiu siebie. Parę dni temu wpadłem na spontaniczne zakończenie. Już wtedy rzuciłbym się do pisania, ale wyleciało mi to zakończenie z głowy. Może i dobrze, bo nie wpadłbym przed pięcioma minutami na rzecz dla mnie (teraz) oczywistą – żeby nie pisać o kobiecie, co jest już przeżytkiem, ale o facecie. »»»
Przeminęło z wiatrem, a chodzi o książki
Przyłączam się do akcji promowania czytelnictwa e-booków prowadzonej przez moje jedyne wydawnictwo i zamieszczam jeden z motywów kampanii. Hasło główne: Książkom nie jest już potrzebny papier. Podpisuję się pod nim ośmioma rękami. Podoba mi się myśl: jeśli to książki miałyby wybierać, a nie człowiek, to pozbyłyby się papieru. Tak więc jedyne, co przemawia na korzyść książki drukowanej to zapach i szelest papieru, to wspomnienia chwil czytanych, to celebracja czynności książkowej… ale nie na długo. »»»
Niezbeczki
Książeczki
Niezbeczki
Na loryferze
Siedzą suszone
Niżej Podpisany – Absurd nie z tej beczki
Opis: Prawdziwa gratka dla koneserów starej książki. Projekt pionierski w skali światowej: pierwsze wydania książek Niżeja Podpisanego, z oryginalnymi błędami redakcyjnymi, korektorskimi i drukarskimi, a pochodzące ze zwrotów z przepastnych kanałów dystrybucji, będą poddawane działaniu promieni słonecznych w okresie letnim, na tarasie obok zabytkowej beczki dębowej. Dzięki temu już po kilku miesiącach osiągną one docelowy wygląd i wartość arcydzieł literatury popularnej dwudziestolecia międzywojennego. Specjalny, opatentowany sposób dojrzewania pozwoli na równomierne zżółknięcie papieru z każdej strony, a dociskanie pustakiem doprowadzi do estetycznej deformacji kształtu.
W skład tej niepowtarzalnej kolekcji wchodzą:
Człowiek zwany Biurkiem – europaleta 1/4
Małe bure skakadło – europaleta 2/4
Pijany zagajnik – europaleta 3/4
Rosół a priori – europaleta 4/4
Źródło: wydawnictwoindigo.pl
Komentarz: Nie jest to książka sama w sobie, więc jak śmiem umieszczać tę pozycję w Bibliotece Absurdu? Jak w ogóle śmiem coś takiego umieszczać gdziekolwiek, skoro wygląda to na rzecz żywcem wziętą z opowiadań N. Podpisanego? Chcę być absurdystą nowej generacji, a to (przynajmniej dla mnie) oznacza, że powinienem mieszać w absurdzie na linii życie-literatura oraz na linii literatura-życie. Żeby znaleźć siódmy wymiar. A w Absurdzie nie z tej beczki wymiarów różnych co niemiara. Począwszy od tego, że jest to najbardziej absurdalny pomysł, do jakiego udało mi się przekonać moje jedyne wydawnictwo. Nawet nie promocja w szaletach publicznych, nawet nie lampki z gali Absurdaliów z napisem “znudziła ci się gala, to poczytaj książkę”, ale właśnie to.
Ale od początku. Najpierw były zwroty, bo książki się nie sprzedają, do czego jestem już przyzwyczajony. Tylko co zrobić z takimi książkami? Wprawdzie nie było ich dużo, tych zwrotnic, ale plątały się pod nogami, a tu dzieci wydawnicze biegają i koty na dokładkę też, więc książki poszły do szafy zbiorczej, ale śmierdziała farba.
Stąd dylemat szafą kryty i rozwiązanie, które zaskoczyło nawet mnie w chwilach, gdy uważam, że nie jest tak źle, jak mi się wydaje: książki trzeba sprzedać jeszcze raz. I powiedzieć szczerze, od serca o co chodzi, a przyprawić to absurdem i będzie dobrze.
Projekt jest unikatowy, bo nikt inny nie próbuje sprzedawać książek, które nie poszły – i to sprzedawać drożej. Tylko nadmienię, że ustaliliśmy cenę jednego tomu na 80,10 złotych, co jest w pewnym sensie realizacją mojego postulatu, by nie zaniżać cen książek, bo czytelnicy myślą sobie: “skoro tak podle tanie, to nie może być dobre”. Teraz jest podle drogie, a dobre tak samo jak poprzednio.
Znaczenie beczki jest oczywiste i wielowątkowe. Raz: nawiązanie do MP, ale delikatne, tylko po to, by zasugerować, że chodzi o absurd i to zasugerować jedynie tym, którzy mają problemy z koncentracją. Dwa: beczka dębowa jest symbolem szlachetnego starzenia się, więc już można sobie wyobrazić, co się dzieje obok. Trzy: beczka taka znajduje się na wsi, gdzie składowane są książki. Znajduje się u sąsiada, a żeby nie było za łatwo, to nie pierwszego z lewej, tylko z drugiego z lewej, albo u następnych i na pewno jest, bo zaraz jest druga wieś. Cztery: skoro wiemy, gdzie jest beczka, to podaje, gdzie są książki – na kaloryferze. Jak pojadę na wieś wigilijną, to zmajstruję Twitteryka ze zdjęciem.
Książki żółkną wolniej niż zakładał plan, ale nie spieszy się. Ludzie muszą oswoić się z produktem, jego ceną, aurą wyjątkowości i brakiem pustaka. Póki co niektóre księgarnie z automatu zaczęły umieszczać Absurd nie z tej beczki w swojej ofercie, najpierw z oficjalną ceną (80,10 za sztukę, 320,40 za komplet), ale jakiś miesiąc temu ktoś poszedł po rozum do głowy i uznał, że cena to pomyłka i wpisał, co szczególnie mi się podoba, inną cenę – taką, co mu przyszła do głowy i od razu dał na to promocję, a przecież nie może być w ofercie, bo nie ma numeru ISBN. Teraz sprawdziłem, bo chciałem wciągnąć link do strony, ale niestety już książkę wycofano, a szkoda.
A teraz najważniejsze: to wcale nie jest żart. Chcemy książki sprzedawać, dojrzewają i czekają na czytelników, którzy dojrzeją. Pewnie minie sporo czasu, ale z książkami jak z whisky, tylko lepiej nie serwować z lodem.




Recently updated Polish tech-absurdist and mobile fiction writer 3.0 beta. Addicted to ebooks and technology. Guest writer at

