.: This blog is optimized for mobile viewing. Just type passwordincorrect.com in your cellphone's browser. For more options click here :.

Stary wywiad w komórce lokatorskiej

Z komórką to żart, a może do końca nie. Wywiad jest stary jak świat absurdu trapionego typowymi problemami współczesności i introwertycznością przepytywanego autora, czyli mnie. Wytrzymała to dzielnie Krystyna Cholewińska z ŚNPS, a było to na początku 2007 roku.

Jestem dumnawym introwertykiem

KCh: Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
NP: No nie wiem.
KCh: Czy to oznacza, że zbliża się kolejna wena twórcza, przed którą jak zwykle masz okres melancholijno-eskapistyczno-ironiczny?
NP: Nie. Na odwrót.
KCh: Wena była, teraz czas na depresyjkę?
NP: Nieśmieszne.
KCh: No dobrze. Napisałeś książkę – Człowieka zwanego Biurkiem. Lekkie i raczej kwaśnawe opowiadania próbujące wbić się we współczesność i coś nowego o niej powiedzieć. To twoja pierwsza książka w życiu?
NP: Dzięki za przychylną recenzję. A wracając… zdaje mi się, że tak, choć do końca nie jestem pewien. Mam uzasadnione przypuszczenia, że gdy byłem studentem też napisałem książkę, ale nie pamiętam, czy została wydana. Ale chyba nie należała do udanych, skoro nie mogę sobie przypomnieć, o czym była.
KCh: Spróbuj.
NP: Jak zwykle bezkompromisowa. Nie będzie to łatwe – w czasie studiów byłem milczącym indywidualistą ze skłonnościami do przeżywanych żołądkowo odjazdów emocjonalnych natury inspiracyjnej, z dużym podświadomym potencjałem wymazu pamięciowego, więc kimś stuprocentowo podobnym do człowieka, z którym teraz rozmawiasz. Jak sama dobrze wiesz, ja nawet nie pamiętam, co robiłem po wczorajszym porannym myciu zębów, więc jak mam pamiętać, co robiłem kilkanaście lat temu. Ale już sam fakt pełnego podobieństwa mnie-tamtego-tam i mnie-tego-tu upoważniać może do stwierdzenia, że wysiłki twórcze w tamtych czasach mogły mieć bardzo podobny walor co obecnie, choć wtedy jadałem serek homogenizowany waniliowy.
KCh: Co ma wspólnego serek z tworzeniem?
NP: Wtedy o serek waniliowy było trudno, a zwłaszcza nieprzeterminowany i z akceptowalnym zniekształceniem spodu. A poza tym nic.
KCh: A jak określiłbyś te opowiadania, które to twoje wydawnictwo nazwało „wspaniałą lekturą dla miłośników Mrożka i Topora”?
NP: Określiłbym inaczej niż to moje wydawnictwo. Bo wydawnictwo chce sprzedać, a ja chcę być czytanym.
KCh: Czy to nie to samo?

NP: Nie wchodzę w szczegóły, ale być sprzedanym to coś innego niż być czytanym. W tym pierwszym kryje się dusza sprzedawczyka, a w tym drugim – misjonarza.
KCh: Czujesz się misjonarzem?
NP: Nie. Misiem.
KCh: Rozwiń, bo ciekawe.
NP: Misiem się czuję, który postanowił napisać, co o tym wszystkim myśli, a myśli, że jest absurdalnie, więc napisał absurdały. I są one, te absurdały, nie do końca twórczo absurdalne, bo nie zależało mi na kreowaniu absurdu odautorskiego, tylko na wyśmiewaniu absurdu realnego. I dlatego ćwierćabsurdy, a nie na przykład pół. I pytają się ludzie wkoło, że to znaczy, że mniej absurdu w absurdzie, a ja mówię wkoło tym i innym i nie kojarzę, bo nie mam pamięci krótkiej, i mówię, że ćwierćabsurd bardziej życiowy niż absurd. I to mi się zdaje tak skromnie, ważne jest. Zapolować, a nie wytentegować, jak mawia mój brat cioteczny. I wcale mi się nie wydaje po śniadaniu, że ćwierćabsurd mniej jest niż absurd, a wiesz w czym mniej. Na odwrót właśnie i o to mi chodziło.
KCh: No filozoficzne, jak kazania Czernego na desce sedesowej.
NP: Czerny miał rację, choć miał zaparcie. A wracając do tego, co było tam zaczęte przed wierzbą – różne, różnie i o różnych. I dla niepoznaki kołderką.
KCh: Tego to już nawet ja nie rozumiem w komórce lokatorskiej.
NP: A że niby na miękko i bezchmchmowo i nie udawaj, bo wiesz.
KCh: Zbaczamy z tematu. Niektórzy mówią, że opowiadania są najzwyczajniej w świecie powierzchowne i nie dają zbyt wiele do myślenia.
NP: Tu się zgodzę bez bicia piany wtórnej, ale za to z biciem piany pierwotnej. Tak zostały pomyślane – i to jest ich największą zaletą. By dało się je czytać na desce sedesowej i tu chwała Jurkowi Czernemu za pomysł. Polega on na tym, by o typowych problemach życiowych pisać bez tego cierpiętniczego tonu, za to z oczyszczającym dystansem. To właśnie dystans powoduje, że opowiadania odbierane są jako powierzchowne. I to właśnie dystans jest tym, czego najbardziej nam w życiu brakuje. Jeśli miałbym w jakikolwiek sposób nazwać swoją twórczość, to nadałbym jej nazwę (siedemnastą czy osiemnastą z kolei, kto wie czy nie najlepszą) – proza dystansu. W swoim codziennym życiu traktujemy zbyt wiele spraw na serio. Nawet tych, które zupełnie na to nie zasługują. I właśnie te opowiadania mają to nam wszystkim, no może z wyjątkiem ciebie, uzmysłowić.
KCh: I humor jest na to sposobem?
NP: Jaki humor?
KCh: Nie żartuj. Co jak co, ale opowiadanka są przynajmniej śmieszne. Czasem aż za.
NP: Nic o tym nie wiem. Muszę odbyć rozmowę w cztery oczy z samym sobą. Nie będzie to łatwe doświadczenie, bo z rodzaju „generowanie czarnego humoru w czystej postaci”, w czym nie czuję się najlepiej.
KCh: Nielogiczne.
NP: Za to cię cenię.
KCh: Jakie cechy twojej twórczości uznajesz za najważniejsze? Oprócz tego kokieteryjnie negowanego humoru.
NP: Myślę, że udało mi się złapać absurd w sidła konkretu. Posługując się wyimaginowanymi faktami, którymi opowiadania są przesiąknięte do samej tkanki łącznej, łapię absurd za mordę i nie puszczam. Ten nadmiar informacji ma też uświadomić, że żyjemy na takim etapie rozwoju cywilizacji, w którym jesteśmy atakowani informacjami na niespotykaną dotąd skalę. Nasze wyczucie słabnie, jesteśmy zmuszeni do selekcji informacji. Na resztę obojętniejemy, również na absurd. I to taki, który sami czasem tworzymy.
Lubię też kontrast i myślę, że to mocna strona opowiadań. Nie boję się go, choć dla niektórych jest mało subtelny, ale ja nie lubię nijakich, cielistych kolorów. Lubię jednoznaczne barwy, czy to się komuś podoba w tym wydawnictwie, czy nie.
Umiem też wykorzystać swoją słabość do technologii. Zdaje mi się, że wychodzenie o krok przed paradę, jeżeli chodzi o nowinki techniczne, nowe produkty i nowe zwyczaje konsumenckie uczula na to, by czasem nie zagalopować się w swoich konsumenckich potrzebach. A za parę lat się okaże, czy coś się z tych proroctw sprawdziło.
Kolejna cecha nie spodoba się miłośnikom literatury wysokiej. Bredzenie jest tą cechą. Wcale nie było to łatwo nauczyć się bredzić tak, jak ludzie, którzy nokautują absurdem słowa. A dobrze wiesz, że mam wrodzoną tendencję do przydługich partii pisanych, z których nic nie wynika. Cały czas się uczę, a jak się zatkam, to włączę sobie wiadomości i już jest dobrze.

KCh: To wszystko?
NP: Nie. Lubię zmieniać bohaterów i wczuwać się w różne sytuacje. Wiem, że nie można w ten sposób wciągnąć w akcję, skoro wtedy, gdy w normalnej powieści czytelnik zaczyna czuć, że lubi bohatera, tu, w dwustronicowym opowiadaniu właśnie się z nim pożegnał. Ale z drugiej strony żadna powieść nie mogłaby pokazać tylu sytuacji i tylu różnych zachowań, co szereg krótkich opowiadań, których siłą jest, albo ma być to, że wchodzimy w sytuację tylko po to by pokazać i uwypuklić jedną ważną albo nieważną rzecz. Prosty przykład: takie sytuacje, jak w Kefirze dnia bardzo złego zdarzają się wszędzie. Ale to, że głównym bohaterem uczyniłem technika żywnościowego pozwoliło nienachalnie wydobyć absurd sytuacji.
KCh: Absurd, absurdem, na absurdzie…
NP: Żebyś wiedziała. Uciekający przedziałek, prezes, który zabija wzrokiem, rozporządzenie o wstrzymaniu oddechu, koperta, która postanowiła wychylić się z kieszeni, mordercza pestka grejpfruta, wiatry północno-północne czy byty śródpośladkowe – to wszystko ma delikatnie zwrócić uwagę na pewne rzeczy, które ja nazywam absurdem realnym.
KCh: Czy uważasz, że to wystarczy, bo spodobać się czytelnikom?
NP: Tak.
KCh: Coś więcej?
NP: Nie.
KCh: Planujesz jeszcze wydać dwa następne tomiki ćwierćabsurdałów. To może o tym coś więcej?
NP: Przede wszystkim to nie ja planuję, tylko to moje wydawnictwo. I ono nawet jeszcze nie wie, czy chce mieć łącznie trzy, czy cztery części, bo jeszcze nie obliczyli w programie kalkulacyjnym. Dopiero się uczą. Tego programu. Tak czy inaczej napisałem już trzy części, a nad czwartą pracuję i sprawia mi to olbrzymią radość, bez względu na to, czy program kalkulacyjny bierze taką zmienną pod uwagę, czy też nie.
KCh: Czy nie boisz się, że kolejne tomiki będą odbierane jako odcinki powtórkowe Człowieka… ?
NP: Na pewno się tego nie boję. Założyłem bowiem, że zaczynając pisać pierwsze opowiadanie pierwszego tomu – a było to w kwietniu 2006, opowiadanie nazywa się Słomizm – powiedziałem boleśnie szczerze do faceta po drugiej stronie lustra, że jako pisarz jestem nieociosaną belką sosnową. Jako belce owej, numer zwózki leśnej 67209/AP/06, daleko mi do późnomanierystycznego stołu dębowego na dwanaście osób, a takim chciałbym być na stare, pachnące zgniłym absurdem lata.
KCh: Jakieś konkluzje?
NP: Jakieś wnioski czyli. Są oczywiste. Rozwijam się z tomu na tom. Przy trzydziestym siódmym opowiadaniu czwartej książki jestem poddanym wstępnej obróbce szczęśliwym olchowym klocem.
Mówiąc w sposób mniej zrozumiały: w pierwszym tomie umieściłem opowiadania, które były naiwną i dosyć prostolinijną krytyką współczesnych absurdów. W moim przypadku krytyka ta była tyleż spontaniczna, co pozbawiona głębszych wniosków. Na tyle było mnie wtedy stać i tego nie ukrywam. Teraz, z perspektywy olchowego kloca, wydaje mi się, że dosyć precyzyjnie określiłem swoje możliwości. To, co mogłem zrobić, to wyśmiewać wszystko, co się ruszało i absurdem woniało. W drugim tomie, w związku z przemyśleniami twórczymi i dojrzewaniem, w ciągu jeszcze arytmetycznym, wnioski są głębsze, historie bardziej przemyślane, a i światełko nadziei się pojawia. Światełko to mówi: nie chodzi o bezsilną krytykę absurdu, czasem można zrobić coś więcej. Trzeci tom dalej wyśmiewa, ale też w przeciwieństwie do poprzednich, nienachalnie wskazuje że z powodzi absurdu można się uratować i nie należy sobie tego odpuszczać.

KCh: Z prostej krytyki do dusznej pedagogiki?
NP: Żarcik poranny tylny.
KCh: To co?
NP: Z prostej krytyki do pozytywnego spojrzenia. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek czegokolwiek nauczać, zresztą tego po prostu nie umiem. Chodzi mi o to, żeby ludzie tacy jak ja, którzy autentycznie i poważnie przejmują się całym absurdem życia, żebyśmy rzucili się na luza.
KCh: Życzę, żeby sie udało. Jesteś introwertykiem.
NP: Jestem, wiesz to, więc po co pytasz.
KCh: Inni nie wiedzą.
NP: No to jestem. Jestem introwertykiem i nie wstydzę się tego.
KCh: Trochę nietypowe zachowanie introwertyczne. Rozwiń to.
NP: Nie chce mi się. Mam dosyć nadwyrężania strun na dziś.
KCh: Rozwiń to, powtarzam.
NP: Grhm.
KCh: Hgrm.
NP: No dobrze. Jestem z tego dumny, albo precyzyjnej – dumnawy – że mam naturę introwertyczną, czyli inaczej: lubię siebie za to, że inni uważają mnie za milczka.
KCh: Ponuraka inaczej.
NP: Ponurasa, mruka, zbloka, cichopęka, burasa, wycofańca, sztywniola, przymulonego, wielkiego nieobecnego, chrzęka, człowieka w kącie, smutnego wozaka, przyjaciela grabarza, umysłowego ciecia, czy wreszcie moje ulubione, pana z mózgiem w odwrocie. Takiego gościa, co to w czasie iskrzących się od dowcipu rozmów przyjmuje rolę nogi od stołu, jeżeli w pobliżu jest stół.
KCh: Co ciekawego jest w nodze od stołu?
NP: Co ciekawego jest w nodze od stołu? A właśnie to, że jak ktoś chce nią być, to znaczy, że chce i ma w tym jakąś swoją prywatną radość, a ja mam. I radości tej nie widać, bo my z rodzaju intro nie okazujemy uczuć w sposób równie widowiskowy jak oni z rodzaju ekstra. I myślę, że wielu jest takich intro, którzy wolą coś napisać, niż powiedzieć, schować się niż wychylić, iść do siebie, niż od siebie, słuchać niż gruchać,  Tylko tak mi się wydaje, że wielu spośród nich ma przekonanie, że robią coś źle. A to przecież nieprawda. Być introwertykiem to fantastyczna rzecz, z tym że żaden ekstrawertyk ci tego nie powie, bo tego nie zrozumie. A żaden introwertyk ci tego też nie powie, bo jest przecież introwertykiem, więc woli nie mówić.
KCh: Teraz to już nie żaden, bo jeden jest.
NP: Ale też mi to przychodzi z trudem. Z dużym nawet. Ale wierzę w nieprzebrane pokłady energii introwertycznej i dlatego chcę ją jakoś uruchomić, jak próbuję teraz w tej komórce…
Ekstrawertycy posiadają energię, jaką w danej chwili widać i ani o pół dżula więcej. Z introwertykami jest inaczej. Ich energii nie widać. Posługując się porównaniem, nie wiem, czy sugestywnym czy nie, ale na pewno trafnym: energia ekstrawertyka to energia spalania paliwa rakietowego – wszyscy z daleka ją widzą i wiedzą, że dzieje się coś epokowego; natomiast energia introwertyka to energia zapalniczki jednorazowej – w sumie takie nic, ale uruchamia ciąg zdarzeń, być może równie epokowych.
Dlatego wziąłem zapalniczkę i postanowiłem coś zrobić dla nas introwertyków, jak już dostąpiłem zaszczytu dostrzeżenia przez to renomowane wydawnictwo, któremu się wydaje, że zarobi dzięki mnie na zupę dnia w restauracji półtoragwiazdkowej na przedmieściach Bogatyni.

KCh: Typowe dla ciebie ironizowanie, uwidaczniające się w twojej dotychczasowej twórczości. Ci ludzie z wydawnictwa to ekstrawertycy i po prostu ich nie lubisz?
NP: Są ekstrawertykami, lubię ich, ale mniej niż swoje ironizowanie. Dlatego tak wyszło.
KCh: Czy introwertyk ironiczny to dobry introwertyk?
NP: Nie wiem.
KCh: To może inaczej. Co czyni człowieka dobrym introwertykiem. Według ciebie oczywiście, bo sprawiasz wrażenie chrzęka, który na ten temat ma szczególnie dużo do powiedzenia, czyli trzy zdania.
NP: Odpowiedź zostawmy do czasu opublikowania Manifestu Introwertycznego, nad którym wydaje mi się, że pracuję od miesiąca. Jedno zdanie.
KCh: Z jakim skutkiem?
NP: Fatalnym. Potrzebuję więcej czasu na przemyślenia. Póki co nie mam wystarczająco odpowiednich warunków brzegowych, by zagubić się w otchłaniach międzysynapsycznych swojego mózgu w odwrocie. I na razie powstają rzeczy banalne.
KCh: Introwertyk mówiący cokolwiek o introwertyźmie – już to, samo w sobie, nie jest banalne. Nie przypominam sobie, żeby ktoś to zrobił przed tobą. Oczywiście pod warunkiem, że ci się uda, czego szczerze życzę.
NP: Dziękuję z kąta.
KCh: Pytanie na koniec. Opowiadania się podobają?
NP: Wymieniłbym połowę zakończeń.
KCh: A inni.
NP: Mojej żonie się nie podobają.
KCh: Wycofujesz nakład?
NP: Chyba nie. Podobają się bratu ciotecznemu, zwłaszcza GKS Sparta Zawmięs.
KCh; Nigdy nie miałeś brata ciotecznego!
NP: Naprawdę? Myślisz, że powinienem to sprawdzić?
KCh: Jak rozumiem brat dużo ci pomaga.
NP: Bardzo dużo. Bez jego koneksji wśród zwykłych czytelników prozy współczesnej, żyłki załatwieniowej i podwójnej wątroby, nie powstałaby ta książka.
KCh: To lepiej nie sprawdzaj.
NP: Z tym, że zawsze można uruchomić wuja.
KCh: Może następnym razem. Dziękuję ci za rozmowę.
NP: Dziękuję. Idę się przespać.
KCh: Przepraszam cię, ale jak się stąd wydostać?
NP: Chyba znowu coś zatrzasnąłem. Masz klucze?
KCh: Ja?

1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Share/Save/Bookmark Subscribe

Leave a Comment