Absurd, jasne, ale w którą stronę – cz. 2
Jedno wiem, że na pewno nie pójdę w stronę, jak to ładnie nazwał Graham, tech-fiction. Od początku wiedziałem, że absurd w moim wykonaniu nie ma być ucieczką od życia i jego problemów, ale sposobem na ich odreagowanie, oswojenie, obśmianie – by można było dojść do wniosku, że przeważająca część problemów, które człowieka stresują i dołują, nie jest tego warta. Trochę taka terapia przez lekturę szybką i łatwą.
Nie pójdę więc w ucieczkę zwaną sci-fi, tech-fi, czy też inne fi-fi, choć to apetyczna pożywka dla wyobraźni. Nie chcę przekraczać granicy, którą sobie sam-nie-sam wyznaczyłem Jonem Kvotesem, a brzmi ona tak:
Fikcja nie istnieje, ale ma sens, a absurd na odwrót.
Będzie ciężko bo temat, czyli absurd raczej nie chwyta. W dwa lata od pierwszej książki sprzedałem 3,5 egzemplarza i trochę to za mało, by uwierzyć, że absurd w formie krótkiej lub ultrakrótkiej się rozwinie. Jeśli już, to nie mną się rozwinie. Tak już mam, że zawsze jestem wcześniej, ale nie jako pierwszy zawodnik biegu, tylko jako ostatni zawodnik biegu poprzedniego. Czyli głęboka studnia.