Zafón, Kalicińska i inni pomniejsi
W Newsweeku 47/2008 przeczytałem bardzo ciekawy artykuł Leszka Bugajskiego o pisarzach, którzy niegdyś byli związani z reklamą. Autor podaje przykłady twórców, którzy mimo skromnego startu na rynku wydawniczym zaskarbili sobie miłość czytelników na tyle wielką, że ich książki zaczęły sprzedawać się w niewyobrażalnych nakładach. Dopiero wtedy zwrócili na nich uwagę krytycy. O kim mowa? To Carlos Ruiz Zafón (Cień wiatru, Gra anioła), i Małgorzata Kalicińska (seria rozlewiskowa). Jak czytamy: Ale uważna lektura ich życiorysów pozwala znaleźć wspólny element – oboje byli niegdyś związani z reklamą. Hiszpan zaczynał od stanowiska copywritera. W wieku 26 lat był już dyrektorem kreatywnym, ale porzucił branżę. Polka była współwłaścicielką agencji reklamowej – także rozstała się z reklamą.
Dlaczego o tym piszę? Bo mam z nimi wiele wspólnego. Wywodzę się z reklamy (kilkanaście lat przeleciało ponaddźwiękowo w agencjach reklamowych), przygodę z pisarstwem zacząłem w latach niewczesnych, moje książki nie były nigdy mocno reklamowane (nie licząc tych partyzanckich zaczepek obecnego wydawnictwa). Jedyna różnica to liczba sprzedanych książek. Ja sprzedałem do tej pory dwie i pół z czego jedną i pół mojemu bratu ciotecznemu, który nie miał wyjścia, gdyż obiecał, że kupi wszystko, co napiszę.
Takich pomniejszych pisarzy postreklamowych jak ja jest pewnie na pęczki na całym świecie i w mieście moim Szawarwawie też. Pewnie rozbija się o to, że w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych twórców longsellerów (czyli książek, które sprzedają się długo i obficie), ja nie rozumiem potrzeb duchowych czytelników, mimo, że nachodziłem się na grupy fokusowe, podobnie jak i oni. No bo kto przy zdrowych zmysłach pakowałby się w taką zaledwą szczelinkę jak absurd, absurdzik, absurdzię, dzię? Kto to czyta, jeśli nie musi? Dobrze że Gombrowicz uratowany w kanonie lektur, to przynajmniej z musu absurd idzie między ludzi.