Ucz się, Ludwik [opowiadanie]
Żeby ładnie zestawić z pierwszym opowiadaniem, Zemstą przedziałka, podrzucam ostatnie opowiadanie, które napisałem w życiu swoim, a było to 12 sierpnia, po dwóch dniach niewychodzenia z domu, bo nie było takiej potrzeby, gdyż nie jem bułek.
Ucz się, Ludwik
Ludwik miał 56 lat, emeryturę bez łaski, żonę bez macicy, dzieci bez przyszłości i sytuację bez wyjścia.
– Ludwik, trzeba uwierzyć w siebie, na pewno ci się uda, tylko musisz uwierzyć w tego siebie w środku ciebie, bo inaczej klops, a przecież nie o to chodzi – powtarzała jego żona, która po raz pierwszy od momentu, gdy się bliżej poznali w zabytkowej stodole skansenu kieleckiego, nie odchodziła od męża dalej niż na dwa metry.
– O nie, klops nie wchodzi w grę, ani też parówki – powiedział Ludwik na tyle rzeczowo, że mógłby się wydawać człowiekiem opanowanym. Hm, właściwie tak. Z wyjątkiem tych dwóch chwil w życiu, gdy był naprawdę rozdygotany. Pierwsza przyszła wtedy, w dzieciństwie, gdy musiał powiedzieć „dzień dobry” pani sprzątaczce, która nakryła go na tym, jak podglądał ją w czasie, gdy podniecona podglądała jego ojca, uprawiającego stawianie baniek organicznych na podbrzuszu jednej sąsiadki, co to miała być w kościele, ale nie była. Druga chwila zbliżała się właśnie teraz, na tydzień przed ważną rocznicą małżeńską, choć nie wiedział którą, bo żona miała to wszystko w jednym palcu, więc nie musiał.
– Nie uda mi się! – głos Ludwika drżał coraz bardziej, co błyskawicznie wychwyciła żona i objęła go czule ramieniem.
– To tylko dwanaście metrów od bramy, przejdziesz, tylko nie oglądaj się za siebie, bo… – tu z krtani żony wydobyła się złowroga cisza i przybrała kształt pytania egzaminacyjnego z prawa jazdy, czy też matury, lub też formułki z aktu ślubu. Niestety, skucha, chodziło o coś dużo poważniejszego.
I żona wyjechała na pogrzeb ojca. Nigdy nie wyjeżdżała na pogrzeb ojca. Ale teraz umarł podobno już definitywnie. I przez tego ojca Ludwik został sam w niewielkim mieszkaniu w oknem wychodzącym na ruchliwą ulicę, której nie nazwy nie znał. Najpierw wpadł w panikę, potem przypomniał sobie, jak w wieku siedemnastu lat poszedł sam do kuchni po wodę, bo mama była w ogrodzie.
– Ucz się Ludwik, ucz! Wtedy się udało, teraz też się uda – powtarzał do swojego lekko wycofanego odbicia w łyżeczce syropu uspokajającego. Gdy poczuł głód, nie miał wyjścia, choć mia już zawroty głowy. Wstał, podszedł do szafy, wyciągnął z niej marynarkę.
– To jest palto, chyba – powiedział do siebie i nie założył bo marynarka należała do żony, a żona nie należała do wysokich.
Wyszedł z bramy. Był orzeźwiający, słoneczny ranek, pierwszy ranek bez żony. Przeszedł siedem kroków i ogarnęła go fala gorąca. Chciał wracać, ale wyobraził coś brzydkiego. Zaparł się o mur, stanął i czekał aż mu przejdzie. Zaparty tak, w nienaturalnej pozie zwracał na siebie uwagę, aż ludzie zaczęli do niego podchodzić z pomocą humanitarną w postaci leków na depresję, to się przestraszył i ruszył przed siebie wpijając się w mur dłońmi swymi (przynajmniej tak to wyglądało).
– Bułki dwie – powiedział Ludwik do siebie, a powinien do sprzedawczyni, choć też nie, bo sklep był samoobsługowy.
Powtarzał tak do siebie przez dwie godziny, aż sprzedawczyni zainteresowała ochroniarza, który zainteresował się tym chudym, pomarszczonym panem w różowym szlafroku i podszedł i chrząknął doniośle, to Ludwik się zamknął w sobie.
– Ile tych bułek – spytał ochroniarz odruchowo.
– Dwie – odpowiedział Ludwik łamiącym się głosem, chowając wzrok głęboko pod podszewką spodni.
– Helcia, on chce dwie bułki, a potem przyjdź na zaplecze, to ci coś pokażę! – krzyknął ochroniarz lubieżnie.
– To już trzeci taki dzisiaj! Skąd one się biorą, te niedojdy? I to u nas na Stalowej? – krzyknęła sprzedawczyni. Szybko zapakowała bułki wzięła od Ludwika portfel, wyłuskała z niego zapłatę i zaczęła rozpinać bluzkę.
– No idzie stąd – krzyknęła, zanim wyszła na zaplecze.
I Ludwik wyszedł i był szczęśliwy.
A następnego dnia wróciła żona i już nigdy więcej nie musiał się niczego uczyć, a zwłaszcza chodzenia po bułki.
.