Zemsta przedziałka [opowiadanie]

Jest to pierwsze opowiadanie z tych nowych, napisanych po długiej dziesięcioletniej przerwie. Leżałem wtedy w łóżku, po operacji kręgosłupa, w pozycji bocznej ustalonej i byłem na potrójnej dawce sterydów. Sterydy miały zablokować powrót bólu do lewej nogi, co i zrobiły, ale też spowodowały, że przez trzy tygodnie spałem po dwie godziny na dobę, taki byłem nakręcony. Ponieważ nie mogłem wtedy jeszcze za dużo chodzić, to udawałem się do lodówki, potem do toalety, a potem do komputera, który leżał w łóżku zamiast mojej żony.

To był jakiś czwarty tydzień sprowadzenia do parteru (łóżkiem był materac z Ikei napodłogowy) i miałem już dosyć oglądania telewizji. Najpierw był Discovery Channel i po tygodniu bella del koniec. Potem było MTV Cribs, wtedy o czwartej na ranem, ale po tygodniu też bella del koniec. Z kolei całe dwa tygodnie wytrzymałem z Kuchnią TV, co zwiększało intensywność wycieczek indywidualnych do mekki-lodówki, ale na którymś z odcinków Nigelli zaświtało mi w głowie, żeby generalnie pisać, bo kto wie, czy z tego leżenia tak szybko się wywinę, a mój komputer postawiony bokiem na łóżku wyglądał na takiego, co to dużo jeszcze może znieść.

Więc po krótkiej i intensywnej przygodzie z Kaczem Norrisem, napisałem nad ranem pięknym i cichym Zemstę przedziałka. A było to tak przyjemne, naturalne i pozbawione jakichkolwiek męczarni twórczych (sterydy?), że postanowiłem ciągnąć temat opowiadań tak długo, jak się da.

Poniżej efekt, czyli opowiadanie w postaci, która trafiła do tomu Człowiek zwany Biurkiem.

Zemsta przedziałka

Stradiwariuszowi Cieślakowi, prezesowi rady nadzorczej renomowanej firmy ubezpieczeniowej, w czasie kolacji z panią Chycią-Robertson w najlepszej restauracji chińsko-francuskiej w mieście, zszedł z głowy przedziałek i oddalił się w nieznanym kierunku.
Nie byłoby w tym nic absorbującego, gdyby nie fakt, że przedziałek oddalił się właśnie w czasie tej kolacji, właśnie z tą panią i właśnie temu panu.
Restauracja La Petit Ciu-Shi-Kai była u szczytu popularności. Rekomendowana wcześniej zarówno przez pana Nowaka z Gazety, jak i przez pana Pytlasiego (należy czytać z twardym „s”, z węgierska) z Tygodnika, była wieczornym i często niespełnionym marzeniem snobującej się części populacji miasta. Niewielkie rozmiary restauracyjki i jedynie osiem stolików powodowały, że trudno w niej było o miejsce. W czasie przypadającym na wspomnianą kolację należało rezerwować stoliki z dwumiesięcznym wyprzedzeniem i przedpłatą za przystawkę standardową – talerz chińskich serów z prowincji Kledong z półciepłymi przekąskami typu fusion z Prowansji i sosem Mao-Bonaparte.
Mówiąc inaczej pan Cieślak rezerwował stolik w restauracji La Petit Ciu-Shi-Kai w czasie, gdy nawet nie przeczuwał, że pani Chycia będzie jego kochanką; co więcej – wcale jej wtedy nie znał.
W obecnej chwili nie pamiętał również osoby, z którą umawiał się dwa miesiące temu, oprócz tego, że znała dobrze pana Niemyślaka z siłowni fitness i była mało atrakcyjną kobietą po przejściach.
A pan Niemyślak miał siedzieć przy stoliku obok. I to dla niego wszystko to zostało zaaranżowane pod pięknym przedziałkiem, który właśnie sobie poszedł.
Pan Niemyślak był zbliżającym się ku swojej świetlanej emeryturze prezesem rady nadzorczej innej firmy ubezpieczeniowej, największej w kraju i najbardziej dochodowej, lub przynajmniej nie mającej przejściowych kłopotów finansowych, jak inne firmy z branży. Opowiadano o nim w miejscach takich jak La Ciu, że zarabiał gigantyczne pieniądze i podobno miał otrzymać jako odprawę do świata spełnionych emerytalnie prezesów dwukrotność rocznej pensji z ostatnich trzech lat.
Pan Cieślak uważał, że godnie mógłby zastąpić pana Niemyślaka, tym bardziej że miał podobne nazwisko.
Zbyt wiele jednak zmieniło się w czasie oczekiwania na wolny stolik. Pan Niemyślak odszedł w niesławie, po tym jak specjalna komisja udowodniła mu, że zarabiał dwustukrotność średniej pensji miesięcznej. Pan prezes musiał z pokorą przyznać, że nigdy wcześniej o tym nie pomyślał i bronił się tym, że swoją pensją mógł ledwie wyżywić rodzinę i utrzymać niewielki dworek w stylu francuskim pod Stulejowem. W firmie powstał wakat, jako że żaden z członków rady nadzorczej nie kwapił się do pełnienia funkcji tylko 21 procent lepiej opłacanej i ponad 355 procent bardziej odpowiedzialnej. Członkiem rady nadzorczej mającym zajmować się procedurą wyboru nowego prezesa był pan Rafał Rylski, młody i dynamiczny bywalec stanowisk typu członek rady nadzorczej.
Kolejnym elementem tej nieskomplikowanej łamigłówki (tak należy założyć, skoro nawet przedziałek zorientował się, o co chodzi) było to, że pan Rylski znał panią Chycię ze wspólnych spotkań w aeroklubie. Zresztą pani Chycia mogła poszczycić się znajomością większości członków rad nadzorczych w mieście i dlatego nie bez powodu była nazywana Nadzorczynią. Była również bardzo ładna, co pozwala łatwo zrozumieć dlaczego siedziała teraz z panem Cieślakiem, który mógł jednocześnie nawiązać spontaniczną znajomość z panem Rylskim siedzącym przy sąsiednim stoliku na miejscu zarezerwowanym pierwotnie dla pana Niemyślaka.
W tym momencie zaczęło opuszczać pana Cieślaka szczęście. Szczęście to odchodziło bezszelestnie, w postaci przedziałka właśnie, umiejscowionego po lewej stronie (co pozwala mylnie sądzić, że jego właściciel jest praworęczny – wręcz przeciwnie: jego rodzice od samego urodzenia przyuczali maleńkiego Stradiwariuszka do leworęczności, jako bardziej odpowiadającej wyjątkowemu statusowi rodziny, w której się narodził; przedziałek z lewej strony był tylko i wyłącznie skutkiem tego, że lewy półprofil był korzystniejszy niż prawy). Przedziałek zsunął się na kołnierz koszuli, by pod marynarką spłynąć do paska od spodni, i posługując się nim, jako liną odskoczyć daleko na podłogę, gdzieś między nogi szafki barowej, schować się pod nią i po chwili zniknąć na zawsze.
Brak przedziałka pierwsza zauważyła pani Chycia. Przerwała dobrze zapowiadającą się rozmowę o ubezpieczeniach w Wielkiej Brytanii toczoną między jej tymczasowym partnerem życiowym a panem Rylskim, czyli byłym tymczasowym partnerem życiowym. Pani Chycia przerwała rozmowę, patrząc dziwnie na twarz Wariuszka (jak nazywała go w godzinach późnowieczornych):
– Goliłeś się?
Tak to już jest, że jak człowiek zgoli brodę, to ludziom się wydaje, że był u fryzjera, a jak był u fryzjera, to ludziom się wydaje, że zgolił brodę. Pan Cieślak bez przedziałka nie wyglądał, jakby się ogolił – tym bardziej że zawsze chodził ogolony idealnie, to znaczy nigdy nie nosił brody jako uwłaczającej rodzinie z rodu Golic. Nie wyglądał również, jakby był u fryzjera. Wyglądał natomiast tak, jakby stracił w jednej chwili całą gromadę swoich blond włosów. Miał co prawda ich dużo, ale w kolorze zbliżały się one niebezpiecznie do koloru skóry, więc jedynie fryzura wymuszająca ostrą grę cieni, godną mistrzów holenderskich (czyli włosy zaczesywane zdecydowanym ruchem na jedną stronę), mogła uratować sytuację. Co więcej otwierała mu wszystkie drzwi. Można powiedzieć, że ten niecodzienny widok przystojnego mężczyzny o fryzurze godnej arystokraty dający podskórne przeczucie, że nawet najmniejszy podmuch wiatru może zrobić z niego łysola, powodował u kobiet niekłamaną chęć korzystania z życia właśnie z nim, właśnie teraz – póki matka natura nie zakpi z tego jurnego blondyna o interesującym zawodzie i zastanawiającym imieniu.
Dzięki przedziałkowi pan Cieślak osiągnął wszystko, nie licząc wsparcia swoich rodziców w dostaniu się na Uniwersytet Nauk Niegdysiejszych. Dzięki temu otrzymał doktorat z historii politycznej Zawichostu (rodzinna posiadłość Cieślaków herbu Golic) w wieku dwudziestu siedmiu lat i poślubił swoją pierwszą żonę Emilię z Krasonoskich, dzięki czemu stał się milionerem w wieku lat dwudziestu ośmiu. Pojawienie się w życiu Stradiwariusza wszystkich następnych kobiet było głównie zasługą przedziałka. I przedziałek miał tego całkowitą świadomość.
– Ty, no coś ty z sobą zrobił w tej chwili? Zwariowałeś? Ogoliłeś się na łyso, czy co. No nie rób mi obciachu tutaj. Wyjdź stąd, bo jesteś łysy po tym goleniu, na łyso się golić przy mnie przy stoliku? Kim ty jesteś, ja się pytam – pani Chycia znana była z bezpretensjonalności, a że głos miała dosyć niski, więc przy wysokim C dochodzącym z drogiego instrumentu w kącie salki restauracyjnej doskonale rozchodził się po wnętrzu, dochodząc nawet do dziennikarza śledczego Gromsteina, który w restauracji miał wykupiony abonament i przytył już dziewięć kilogramów od chińskiego sera z prowincji Ketlong.
– To ja cię tu umawiam z Rylskim, żeby ci pomóc, żeby cię wydobyć z tej firmy, którą wpakowałeś w tarapaty finansowe, a ty mi się na moich oczach golisz na łyso? – spojrzała badawczo na Stradiwariusza jeszcze raz. – No, półłyso?
Cieślaka i Chycię łączyły wspólne zainteresowania dużymi pieniędzmi oraz bieliźniarka. On został poczęty na, a ona została powita pod. Wszystko to związane było z kolorowymi wyczynami hotelowymi ich rodziców, z tym, że jego rodzice byli gośćmi, a jej – pracownikami. Właśnie fakt pochodzenia Chyci powodował, że Cieślak miał dużo wyrozumiałości dla jej tupetu.
– Kochanie, pozwól, że założę, że nie wiem, o co ci chodzi, ale mogłabyś być o ton wyrozumialsza dla swego pimpusia.
– Kiedy ja też widzę, że pan jakoś tak, hm… przerzedził się powyżej dużej bruzdy czołowej. Po tej zupie cebulowej z trawą bambusową, pewnie. Trzeba wezwać kierownika restauracji. Powinni panu dać gratis drugą taką zupę, tak jak mi pół roku temu sajgonki z teryną estragonową – dołączył swoją uwagę, zresztą z niekłamaną satysfakcją, Rylski.
Cieślak nie mógł wiedzieć, o co chodzi, więc próbował kontynuować dialog o ubezpieczeniach, który nieuchronnie, jego zdaniem, zmierzał do ważkiej kwestii następcy Niemyślaka.
– Wie pan, przykro mi, ale nie będę rozmawiał z człowiekiem, który w ekshibicjonistyczny zupełnie sposób łysieje i to w takim miejscu i w tak szczególnej sytuacji dla partnerki tego człowieka – powiedział, świszcząc przez lewe nozdrze Rylski.
– No właśnie, wychodzę. Nie będę tolerować włosów w mojej zupie cebulowej. I to nie swoich!
– Wychodzimy razem, droga pani. Nie zasłużyliśmy na taki widok, zwłaszcza dzisiaj, gdy w końcu, po siedmiu dniach smogu niebo rozświetla neon Kentucky Fried Sony.
Pan Cieślak nie był już tym, kim był wcześniej. Pracę stracił po artykule dziennikarza Gromsteina, który bezlitośnie odsłonił kulisy wyborów na prezesów firm ubezpieczeniowych. Kilka zdjęć w tanich tytułach kobiecych zrobiło z niego główną antypartię męską (na pytanie „z kim NIE chciałabym pójść na bal charytatywny” 99 procent kobiet podało właśnie jego nazwisko).
W dwóch intymnych salkach La Ciu mówiono ostatnio, że Cieślak wynajął firmę detektywistyczną do odnalezienia niegodziwego przedziałka, ale po tym, jak szefowi detektywów opadły wszystkie włosy, tak mozolnie stawiane na sztorc codziennie rano, firma odmówiła współpracy i oddania 50 procent zaliczki, a także podała Cieślaka do sądu za wyrządzenie szkody cielesnej.
Podobno Cieślak wynajął psychoanalityka do zbadania przyczyn odejścia przedziałka. Terapeuta znalazł trzy:
– niewystarczające wynagrodzenie
– brak satysfakcji z pracy na wskazanym stanowisku
– brak poszanowania praw pracowniczych
Ale tak naprawdę, jak utrzymują bywalcy pierwszej kirgisko-hiszpańskiej restauracji w mieście, przedziałek zemścił się na właścicielu za to, że ten pewnej nocy, będąc pod wpływem kilku drinków dietetyczno-energetyczno-tychtakich zaczesał dla dowcipu włosy na drugą stronę, wywołując tym gromki śmiech obecnych w sypialni dwóch pań. Tego przedziałkowi było za dużo.
Podobno Cieślak szuka go do dziś.

Pewne prawa zastrzeżone


.


      Ads
Tags: ,