Niżej Podpisany – Człowiek zwany Biurkiem

Opis: Winda wjeżdża na 53. piętro budynku, który pięter ma 50; w kraju zaczyna obowiązywać rozporządzenie o wstrzymaniu oddechu w porze wiadomości wieczornych; rusza wielkie śledztwo w sprawie zaginionej cegłówki; każdy pracownik zakładu produkcji trumien ma śmiać się 41 minut dziennie; na rynku pojawia się szczęście w czteropaku. To tylko niektóre z 47 ironicznych, rozbrajających absurdalnym humorem opowiadań debiutującego w roli pisarza, Niżeja Podpisanego, zadeklarowanego rysownika, satyryka i introwertyka.

Człowiek zwany Biurkiem to wspaniała lektura dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać książek, bo całkowicie pochłaniają ich absurdy życia codziennego. Idealna na wieczorną terapię po dziwnej rozmowie z szefem, lub mało zrozumiałym liście z telekomunikacji.

Dodatkiem do tomu są Arcydzieła słowogwałtu, na które składają się: Księga przysłów cynicznych i aspołecznych, Zakola absurdu oraz Słowniczyna.

Książka otrzymała pozytywną opinię Fundacji Wspierania Absurdu.

Źródło: wydawnictwoindigo.pl

Komentarz: Książka od której wszystko się zaczęło. Byłaby bardziej o mnie, gdybym napisał opowiadanie Człowiek zwany Łóżkiem. No ale nie napisałem, choć przed wydarzeniem lędźwiowym prawie że przyrastałem do biurka w swojej, można śmiało to powiedzieć, renomowanej agencji reklamowej.

Gdy po dwóch latach przeglądam książkę, to nasuwa mi się jedno słowo: “spontaniczność”. To, jak i co wtedy pisałem, było intuicyjne, radosne i pozbawione ciężaru kogoś, kto wie, o co chodzi. Jak na mnie, osobę pedantycznie dbającą o porządek w miejscu zamieszkania i w miejscu zwanym mózgiem, był to zamach na siebie. Pisać tak bez przygotowania, usiąść i napisać opowiadanie jednym ciągiem w dwadzieścia minut? Dać się ponieść, tak po prostu, bez studiów nad wędrówkami ślimaków? No zamach w fitness-klubie i rewolucja pierników.

W stanie, w jakim się wtedy znajdowałem, czyli po operacji, bardzo chciałem tej rewolucji pierników. Chciałem się wyzwolić z myślenia, które zaprowadziło mnie do łóżka (poniekąd zaprowadziło, czyli w przenośni). Wtedy najbardziej podobało mi się opowiadanie Wizytówka. Było dla mnie doskonałym brakiem logiki. Nie tylko absurdalne, ale całkowicie pozbawione sensu. Teraz, i chyba nie ma się z czego cieszyć, logiki w nim upatruję aż za dużo. W ogóle to dobrze, że seria nazywa się Opowiadania ćwierćabsurdalne, bo choć absurd pojawia się często i gęsto, to mniej chodzi o fajerwerki twórczej wyobraźni, a bardziej o punktowanie absurdów okolicznych. No tak, ale z punktu widzenia miśka sprowadzonego do parteru było mi dużo łatwiej.

Pierwszym skończonym opowiadaniem była Zemsta przedziałka. Podobało mi się znacznie bardziej, niż mógłbym przypuszczać w swym wiecznym dążeniu do Pacanowa Twórczego. Ale dopiero kilka następnych opowiadań utwierdziło mnie w przekonaniu, że z tego może być coś większego, na strony liczonego i okładką piękną zamkniętego. Wymienię tylko Słomizm, Motylium oraz Historię życia i śmierci Aleksandra Niewiary. To ostatnie uświadomiło mi, jak szybko można osiągnąć spełnienie twórcze – napisałem je bez przygotowania w pięć minut, dochodząc do krzepiącego wniosku: kto powiedział, że opowiadanie musi mieć kilkadziesiąt stron, skoro może mieć jeden paragraf? Wtedy poczęła się jedna z muz mojego pisania – skończyć zanim pojawi się nuda (skończyć, żeby zostawić niedosyt).

Related Posts with Thumbnails

Comments are closed.

blog comments powered by Disqus